wtorek, 10 maja 2011

Salsa, kryzys i butelka

Najpierw o salsie. Spóźniliśmy się oczywiście na spotkanie z Samantą, więc musieliśmy szukać klubu na własną rękę. Próbowałyśmy to zrobić to z M. dwa tygodnie temu, ale wtedy nikt nie umiał nam wytłumaczyć jak tam dojść i w końcu się poddałyśmy. Tym razem jednak mieliśmy szczęście, przystojny latynos z kręcąnymi włosami wytłumaczył nam jak iść i po dziesięciu minutach szukania dostrzegliśmy zielony szyld z napisem "Tropico". Na drzwiach klubu przyklejona była kartka: nie wchodzić przed skończeniem 18 lat, ale inni erasmusi mówili nam, że na salsie jest fajnie wiec bez obaw weszliśmy. Muzyka już grała, bo byliśmy spóźnieni, a na malutkim parkiecie tańczyło ze trzydzieści osób. Klimat klubu był taki jak z kubańskich filmów o tańcu, dirty dansing i takich innych. Mimo, że trafiliśmy na poziom podstawowy kroki wcale nie były łatwe. Ludzie tam naprawdę umieli tańczyć, najlepiej kobieta w długich lateksowych botkach, młoda dziewczyna w jeansowej mini i instruktor, niski latynos. Pozostali uczniowie byli bardzo zróżnicowani, młodzi i starzy, Azjaci, Latynosi,  pary, single. Wszyscy się do nas uśmiechali, nawet jak wpadaliśmy na nich w obrotach. Po tańcach w pojedynkę przyszła pora na taniec w parach. To już był lekki hardcore dla niektórych. Co mniej więcej pięć minut trzeba było zmieniać parę i z jednym kolegą udało mi się zatańczyć wszystkie kroki poprawnie! W przerwach w tańczeniu można było kupić sobie cytrynowe piwo i pogryzać pestki słonecznika. Było świetnie, idę w przyszłym tygodniu. W soboty można tam tańczyć tango, ale mam obawy, że nie znajdę partnera chętnego do tańca. Szkoda.

Także w czwartek było bardzo miło. W piątek znów impreza, też bardzo udana, ale darujmy sobie opis. W sobotę natomiast nastąpił kryzys, P. bardzo źle się poczuł w centrum handlowym (kupowaliśmy prezent dla M.) i po godzinie bezskutecznych starań zeby mu pomóc (dwie pielęgniarki, które akurat robiły tam zakupy, dużo przechodniów i przerażona ja) przyjechała karetka. Właściwie nie wiadomo co się stało, coś jakby atak padaczki. W każdym razie nie było wesoło. W nocy znów jechaliśmy do szpitala. Potem było lepiej, ale teraz P. znowu nie najlepiej się czuje. Na razie śpi. Wszystko to wynika z zapewne z naszego trybu życia, nieco nierozsądnego. Z tego, że wypił duużo whisky, duużo kawy, nic nie jadł, prawie nie spał itp. Mam nadzieję, że niedługo się poprawi.

W niedzielę M. miała urodziny, ale wyszło to bardzo słabo bo atmosfera po sobocie była lekko grobowa. Wczoraj zrobiliśmy poprawiny i dostała broń do strzelania (plastikową, w razie gdyby była na kogoś zła, co czasem się zdarza), kajdanki, granat itp. A oprócz tego kubek na herbatę, hiszpańską herbatę i takie urządzenie do jej zaparzania. Staraliśmy się. Wyszło fajnie. :) M. w przypływie kreatywności wymysliła, że musimy napisać swoje życzenia na kartce - każdy to, co chce, żeby spełniło się w jego życiu i wrzucimy je w butelce do Ebro. Tak też zrobiliśmy, każdy w swoim języku, daliśmy sobie do przeczytania i pi razy drzwi dało się zrozumieć, co napisali inni. Załadowaliśmy je do butelki i z mostu tuż koło naszego mieszkania zrzuciliśmy do rzeki - ja, P, M i M-rko. Patrzyliśmy na butelkę dopóki nie zniknęła w ciemnościach. Przy odrobinie szczęścia, jeśli pojedziemy na kanary po erasmusie, ocean powinien ją wyrzucić na brzeg plaży, na której będziemy się akurat opalać... Ale ja pewnie już nie pojadę, bo moja sakiewka powoli wraca do normalnego stanu i pustoszeje. Zobaczymy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz