sobota, 26 lutego 2011

Z cyklu prawdziwe historie: zniszczenie obrazu, który tak naprawdę był nadrukiem

Od kilku dni w naszym mieszkaniu zaczął rozchodzić się zapach dotkliwie drażniący nozdrza domowników. Kiedy wchodziliśmy do mieszkania wraz z otwarciem drzwi buchała w nas fala smrodu, który ciężko opisać. Coś pomiędzy szambem, niepokojącym zapachem wilgoci a silnym zapachem środków czyszczących z chlorem, amoniakiem itp. Należało szybko odnaleźć źródło tego zapaszku, ale było to wyjątkowo trudne a poza tym kazdy jest zajęty czymś innym, wiadomo jak jest. 

Kiedy któregoś razu wróciliśmy do domu we troje i znów uderzył w nas szczególny zapach naszego ogniska domowego stało się jasne, że nadeszła pora zmierzyć się z iście sherlockową zagadką i odnaleźć ŹRÓDŁO. P uważał, że zapach ten pochodzi od garnka, w którym gotujemy sobie obiady. Jego dno jest mocno zużyte, nieco zardzewiałe i nieźle zajeżdza (wczoraj kupiliśmy nowy garnek). Ale żeby jeden garnek zasmradzał całe mieszkanie? To wydało się nieprawdopodobne! Moja teoria mówiła, że zapach ten pochodzi z kibla, ale szybko została obalona przez ekspedycję do łazienki, w której smród się nie nasilał i właściwie mało było go czuć.  M chwilowo nie miała żadnej teorii i pozostaliśmy bezradni. Bezsilnie opadliśmy na krzesła z drinkami z malibu i sokiem ananasowym w dłoniach. Jednak po dłuższej chwili milczenia apatyczny wzrok załamanej naszymi niepowodzeniami M padł na mopa, którym P parę dni temu mył podłogę w kuchni...

Tu muszę nadmienić iż rzecz działa się o 4 nad ranem po powrocie z imprezy. Byliśmy więc w szampańskich humorach i zanim zaczęliśmy szukać ŹRÓDŁA zapaszku robiliśmy sobie zdjęcia z nowym garnkiem i obrazem z salonu. Nie co dzień kupuje się nowy garnek, a obraz miał dodać patosu sesji zdjęciowej. Tak więc w momencie gdy wzrok M pada na mopa w kuchni znajduje się już obraz i nowy garnek. Zachwycona olśnieniem M szybko łapię mopa, wyjmuję go z wiadra i wszyscy omal mdlejemy z rozlegającego się smrodu.  Ja jednak dzielnie biegnę z mopem do łazienki, tam myję go z M, po czym w przypływie rosnącej głupawki zamykamy P w kiblu.

To nie koniec. Wściekły P naciera do kuchni z cuchnącym mopem w ręku, a my w panice łapiemy pierwszą rzecz, która była pod ręką - mianowicie nieszczęsny obraz - i używamy go jako tarczy. Tak wydarzyła się tragedia, obraz okazał się tak naprawdę nadrukiem i zostały na nim okropne brązowe plamy po cieknącej z mopa poderzanej cieczy.

W myśl przysłowia "głupi ma zawsze szczęście" rano plamy zbladły, nie ma aż tak wielu dziur w nadruku i mamy nadzieję, że nasza "landlord" niczego nie zauważy. Winny całemu zajściu mop suszy się wystawiony za okno, a zapach zniknął.

środa, 23 lutego 2011

Pierwsze koty za płoty

Ja nie wiem czy to dobrze czy to źle. To po prostu wypływa ze mnie jak ropa z przekłutego wrzodu, jak woda z wezbranej rzeki. Ja i tak piszę, czy to publikuję czy nie, więc czemu nie opublikować? Polecam się więc Waszej uwadzę, gdy będziecie mieli zbyt wiele czasu wolnego, z nudów, z ciekawości; prawdę mówiąc każdy powód będzie dobry.

Mija trzeci tydzień kiedy jestem w Hiszpanii. Mieszkam w centrum Zaragozy, niedaleko starego miasta. Przed moim mieszkaniem znajduje się szkoła i jak otworzę okno słyszę wesołe krzyki hiszpańskiej dzieciarni, gwizdek ichniego w-fisty, ale to mi nie przeszkadza, tylko właśnie tworzy jakąś przyjemną atmosferę. Z okien naszego mieszkania można zobaczyć ogromną zieloną palmę i słońce, które wdziera się przez firanki do pokoi. Mieszkam z M i P. M znam ze studiów, P poznałam już na miejscu, jest z Belgii, opowiada nam o tym, jakie mają tam piwo, jakie są imprezy, jakie zwyczaje, a my staramy się rewanżować tym samym o Polsce.

Wczoraj byliśmy wieczorem na pubingu. Mieliśmy spotkać się z innymi erasmusami, ale nie zdążyliśmy dojechać na czas na spotkanie, chociaż spóźniliśmy się niewiele ponad godzinę - w końcu jesteśmy w Hiszpanii, tu się nie trzeba się spieszyć! Znajomi nie mieli nam więc tego za złe, ale my byliśmy trochę rozczarowani i źli. Jak wiadomo, najlepszym lekarstwem na smutki są środki odurzające więc poszliśmy się napić. W irish pubie (wszystko inne było już zamknięte) był problem z wyborem drinków, w końcu gdy barman podał nam malibu z sokiem jabłkowym można było oddać się rozmowie. Ponieważ nie znamy się zbyt dobrze rozmowy przebieją w trybie "o dupie Maryni", ale było śmiesznie i to zawsze przyjemnie z kimś pogadać. Bo tutaj mamy taki problem, że wszyscy się nie znamy, nie ma mnóstwa wydarzeń, na których można spotkać innych erasmusów (chociaż jest z tym coraz lepiej) i cierpimy na "brak przyjaciół".

Kiedy wybiła godzina w pół do drugiej pora było zbierać się do domu, bo następnego dnia wszyscy mieliśmy zajęcia. Poszliśmy więc wąskimi uliczkami w stronę domu, od czasu do czasu tylko rozglądając się na nowe miejsca, wymieniając się informacjami o mieście, albo podśpiewując. Wtedy niespodziewanie wyrósł przed nami otwarty pub i wstąpiliśmy "na jednego". W ten sposób wieczór nasz upływał, byliśmy jeszcze w jednym pubie, gdzie z M zdominowałyśmy parkiet, którego nota bene tam nie było, ale było wystarczająco miejsca przed barem żeby trochę potańczyć. A dziś rano my wstałyśmy z trudnością na zajęcia, na których usypiałam, a nasz współlokator zaspał i nie poszedł na uczelnie...