środa, 30 marca 2011

Niech mnie ktoś uszczypnie!

Chyba tracę głowę. Od tego słońca, od mieszkania z ludźmi w swoim wieku i wspólnych wygłupów, od gadania na skypie z bliskimi i dziwnego uczucia gdy gadam niejako "do komputera" a z drugiej strony przecież do żywego człowieka, od tej Hiszpanii, której klimat przenika mnie na wskroś. Ja to wszystko uwielbiam!

Dostaliśmy sofę za darmo. P. zagadał do jakiejś dziewczyny, że mamy w "salonie" (zdecydowanie zbyt okazałe słowo jak na nasz pokój imprezowo-jadalny) tylko krzesła. Ona odparła, że ma o jedną sofę w domu za dużo i chce ją wyrzucić. Takie rzeczy tylko P. się przytrafiają. Poszliśmy więc któregoś dnia po sofę. Do autobusu by się nie zmieściła ani do samochodu, więc po prostu wzięliśmy ją we czwórkę i tak nieśliśmy do domu. Zajęło to całe popołudnie ale to dlatego, że przystanki były długie, ręce bolały i trzeba było odpocząć, ale też świetnie się siedziało na kanapie na ulicy, z papieroskiem w ręku, obciachowym puszczaniem muzy z komórki (beatlesów!) - to było jak taki skromny flash mob. Siadaliśmy na naszej sofie w środku miasta, ludzie do nas zagadywali, robiliśmy sobie zdjęcia, prosiliśmy przechodniów o ogień. Na koniec, już bardzo blisko domu, postawiliśmy sofę na placu de Torros pod jakimś pomnikiem i siedzieliśmy tam chyba przez godzinę upajając się chwilą. Sofa jest zielona, w kwiatki, na podpórkach wystaje gąbka (ja jestem pasażerem... zawsze mi się kojarzy).

Z innych ciekawostek wczoraj popsuł nam się boiler i od dwóch dni kąpiemy się w zimnej wodzie bądź chodzimy na basen lub do centrum sportowego aby pod pretekstem ćwiczeń zażyć kąpieli. Nic ciekawszego się nie dzieje, raczę Was tymi opowiastkami w myśl zasady lepszy rydz niż nic!

sobota, 26 marca 2011

Przedsmak Las Fallas

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że właściwie to nie byłam na Las Fallas. Musiałam wrócić do Zaragozy z powodu wizyty szanownych rodziców dokładnie w dniu oficjalnego rozpoczęcia festiwalu. Załapałam się jednak na przygotowania i mały przedsmak Las Fallas. Miasto już ozdabiały kolorowe iluminacje i jeszcze nieodłonięte drewniane figury. Każdego dnia o godzinie 14stej mimo tego, że festiwal się jeszcze nie zaczął na głównym placu w Walencji odbywała się tzw. mascleta czyli pokaz petard. Ci z nas, którzy przeżyli w dzieciństwie przyżeli okres bawienia się petardami wiedzą, że więcej z nich dymu i hałasu niż jakiejś konkretnej atrakcji wizualnej. Tutaj było podobnie, ale zdawało się to nikomu nie przeszkadzać. Ludzie zachęcali nas aby nie zatykać uszu, bo właśnie owy huk stanowi główne źródło ekscytacji mascletą. Ważne były też wibracje, które czuło się na całym ciele. Klatka piersiowa skakała jak opętana, wszystko chowało się za zasłoną dymu, odgłosy przypominały trochę atak bombowy, a gdy wybuchła ostatnia petarda zadowoleni Hiszpanie pokrzykiwali, klaskali, tańczyli i śpiewali.

Tylko tyle zdążyłam zobaczyć, ale podczas Las Fallas dzieje się więcej. Świętuje się noc Matki Boskiej Opuszczonych, która jest patronką Walencji. W centrum miasta staje jej statua ze specjalnym rusztowaniem, na które potem kładzie się kwiaty tak, że tworzą płaszcz kobiety. Ponoć miejskie powietrze pachnie tej nocy goździkami i różami, a gwar rozmów zagłuszają grania kościelnych orkiestr. W pozostałe noce festiwalu odbywają się pokazy sztucznych ogni nad Turią, a za dnia Hiszpanie i turyści oprócz masclety bawią się na  różnych paradach i koncertach. Organizowane są też wybory najładniejszych figur zdobiących miasto (każda dzielnica Walencji ma swoją główną Fallas, która kandyduje w konkursie).

I teraz najważniejsze - La Crema - ostatnia noc festiwalu, w którą palone są wszystkie drewniane posągi zdobiące ulice miasta. Podpalenie każdego poprzedzone jest  kolejnym pokazem sztucznych ogni i taka zabawa trwa do rana.

M. została na Las Fallas do końca i bardzo jej się podobało. Mnie to co widziałam też, chociaż wyobrażam sobie, że pewnie nie wszyscy mieszkańcy Walencji są zachwyceni coroczną wielką imprezą, która zakłóca normalne życie w mieście. Z drugiej strony w organizacje Fallas angażują się organizacje pozarządowe, niezrzeszeni mieszkańcy, lokalni artyści. Integrują się sąsiedzi podczas wspólnego gotowania na ulicach i ogólnie całe miasto ożywa

Poniżej fotki (by M.), na których uliczne posągi, Hiszpanie w tradycyjnych strojach regionalnych na balkonie, parada i wspólne gotowanie paelli przez mieszkańców ulicy, przy której mieszkałyśmy.






środa, 9 marca 2011

Mam anginę. Mierdaaa!

Od tygodnia miałam katar i bóle głowy. Dziś rano obudziłam się dodatkowo z bólem gardła i gdy wieczorem już zupełnie źle się czułam pojechałyśmy z M. do szpitala. Bo nie wiadomo gdzie tu są przychodnie, jakie są zasady przyjmowania kogoś komu opieka lekarska przysługuje w ramach EKUZ itd.

Pojechałyśmy autobusem, docieramy wreszcie do szpitala i tam przy okienku tłumaczę z wysiłkiem po hiszpańsku: Jestem tutaj na erasmusie, mam silny ból głowy, gardła itd. Pani pokiwała głową i pyta się: Czy jest pani %$!#%@# ? (tu pada słowo, którego nie rozumiem). Ja inteligentnie odpowiadam: yyyyyyyyyy i pytam M. co to znaczy ^%@$%! ? Pani powtarza to samo po rosyjsku, patrzy na mnie z wyczekującą miną. Ja patrzę na M. M. wymienia z panią kilka zdań (znów nie ogarniam przez gorączkę, czy nie rozumiem bo mówią za szybko - trudno powiedzieć) i wychodzimy. Pytam się znowu M.: co to znaczy %$#!^? Znaczy być w ciąży, to był oddział położniczy - słyszę w odpowiedzi.

Docieramy na odpowiedni oddział. W recepcji kolejna Pani szybko spisuje moje dane. To, że nie pamiętamy kodu pocztowego nie stanowi żadnego problemu. Idziemy do jakiegoś pokoju, tam mierzą mi puls i ciśnienie. Kierują do drugiego pokoju. W poczekalni jest sporo osób i raczej zrezygnowane siadamy na krzesłach. Tu czeka nas miła niespodzianka, po chwili wywołują mnie do gabinetu. Znów tłumaczę co mi jest. Pani mnie bada. Znowu następują śmieszne nieporozumienia, bo ja nie rozumiem, że mam otworzyć usta, podnieść język itd. Pani doktor jest młoda i bardzo miła. Drukuje mi recepty na zielonych kartkach A4. Pytam się co to? Bo wyglądają raczej na jakieś faktury, ale Pani spokojnie mi tłumaczy, że są to recepty i muszę iść z nimi do apteki. Tłumaczy mi jak często mam zażywać leki, pytam się jej jeszcze czy to angina, ona mówi, że tak i po około 30 minutach spędzonych w szpitalu wychodzę.

W całodobowej aptece w centrum miasta kupuję leki (antybiotyk i coś na zbicie gorączki) za cenę taniego drinka, bo leki na receptę są dofinansowane ze środków publicznych. Idealna służba zdrowia, szybko, skutecznie i miło. 

Jutro nie idę na zajęcia, muszę iść w piątek kiedy mamy same ćwiczenia i liczy się obecność. A w sobotę jedziemy do Walencji na Las Fallas, czyli festiwal ognia więc w ogóle muszę szybko wyzdrowieć.

poniedziałek, 7 marca 2011

Reggaeton to nie jest moja muzyka

Reggaeton to najpopularniejszy gatunek muzyczny w Zaragozie. Przed wyjazdem na erasmusa myślałam, że Reaggaeton to po prostu takie żywsze reggae. Bardziej nowoczesne, mniej czilloutowe ale jednak kojarzące się z Bobem Marleyem, z rytmami, które bujają, chuśtają i nawiązują do klimatu rasta. Ręka do góry komu jeszcze się tak wydawało?

Wikipedia określa to ładnie: "Reggaeton wywodzi się z dancehallu i łączy z nim elementy muzyki hip-hop i latynoamerykańskiej". Ale równie dobrze możnaby napisać, że Reggaeton to hiszpański odpowiednik disco polo, który - wbrew przewidywaniom laików - reggae przypomina tylko z nazwy. W piosenkach nie ma klimatu rasta, za to są szablonowe teksty oraz dużo kiczu. Zamiast bujać i wprowadzać w spokojny nastrój utwory podrywają do tańca i zabawy (przynajmniej tutaj). Są to niepodzielne hity w klubach w Zaragozie, przy których wszyscy świetnie się bawią.


Absolutny hicior na każdej imprezie. Nie wiem dlaczego na klipie pojawia się poważnie chora dziewczyna, słowa w ogóle do tego nie nawiązują.
I jeszcze:

Wiem, że w każdym kraju powstaje muzyczny shit, ale w Hiszpanii przerażająca jest jego popularność. Im się to szczerze podoba. Mnie nie, normalnie zamknęłabym kartę you tube albo wpisała inną piosenkę i o powyższych zapomniała. Ale tu to jest wszędzie, jest częścią mojej teraźniejszej rzeczywistości, a potem będzie erasmusową pamiątką, więc zdążyłam już się do nich przyzwyczaić i wbrew wszystkiemu polubić. Zaczynam się obawiać o swój gust muzyczny.

Na deser tłumaczenie tytułów:
"Te regalo amores" - "Dam Ci swoją miłość"
"Despedida" - "Pożegnanie"

niedziela, 6 marca 2011

Miłe chwile

Poszłyśmy dziś do parku, bo była ładna pogoda. Usiadłyśmy na ławce, słońce mocno grzało tak, że można było nawet zdjąć sweter i zostać tylko w cienkiej bluzce. Przed nami ładny widok odbijał się w rzece Ebro. Nic specjalnego się nie działo, gadałyśmy trochę. Poszłyśmy na kawę z lodem, którą wypiłyśmy przy stoliku na dworze. Naprawdę mamy marzec a nie maj?

"Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca
Przez 7 miesięcy w roku, a lato bywa czasem nie gorące" <-- holy true.