Chyba tracę głowę. Od tego słońca, od mieszkania z ludźmi w swoim wieku i wspólnych wygłupów, od gadania na skypie z bliskimi i dziwnego uczucia gdy gadam niejako "do komputera" a z drugiej strony przecież do żywego człowieka, od tej Hiszpanii, której klimat przenika mnie na wskroś. Ja to wszystko uwielbiam!
Dostaliśmy sofę za darmo. P. zagadał do jakiejś dziewczyny, że mamy w "salonie" (zdecydowanie zbyt okazałe słowo jak na nasz pokój imprezowo-jadalny) tylko krzesła. Ona odparła, że ma o jedną sofę w domu za dużo i chce ją wyrzucić. Takie rzeczy tylko P. się przytrafiają. Poszliśmy więc któregoś dnia po sofę. Do autobusu by się nie zmieściła ani do samochodu, więc po prostu wzięliśmy ją we czwórkę i tak nieśliśmy do domu. Zajęło to całe popołudnie ale to dlatego, że przystanki były długie, ręce bolały i trzeba było odpocząć, ale też świetnie się siedziało na kanapie na ulicy, z papieroskiem w ręku, obciachowym puszczaniem muzy z komórki (beatlesów!) - to było jak taki skromny flash mob. Siadaliśmy na naszej sofie w środku miasta, ludzie do nas zagadywali, robiliśmy sobie zdjęcia, prosiliśmy przechodniów o ogień. Na koniec, już bardzo blisko domu, postawiliśmy sofę na placu de Torros pod jakimś pomnikiem i siedzieliśmy tam chyba przez godzinę upajając się chwilą. Sofa jest zielona, w kwiatki, na podpórkach wystaje gąbka (ja jestem pasażerem... zawsze mi się kojarzy).
Z innych ciekawostek wczoraj popsuł nam się boiler i od dwóch dni kąpiemy się w zimnej wodzie bądź chodzimy na basen lub do centrum sportowego aby pod pretekstem ćwiczeń zażyć kąpieli. Nic ciekawszego się nie dzieje, raczę Was tymi opowiastkami w myśl zasady lepszy rydz niż nic!