Jadę do Madrytu, stamtąd lecę do Warszawy. Jest czternasta. Za oknem góry pokryte mchem, ziemia wysuszona od palącego słońca, oprócz tego dwupasmówka, samochody. Lubię te hiszpańskie zaokniane widoki. Z autobusu widok jest zazwyczaj taki sam, czy jesteśmy na południu Hiszpanii czy w centrum, jak ja teraz. Obok mnie siedzi wyluzowany gościu w portkach w paski, z posiwiałą brodą, i czyta magazyn o sztuce. Podczytuję mu trochę – Van Gough, brytyjski graficiarz Banksy i tacy inni. Zaspałam dziś na autobus, nie wzięłam w podróż słuchawek, nie naładowałam komórki - bez sensu. Na razie nie chce mi się czytać moich książek. Oczywiście też nic nie zjadłam. Kiszki grają marsza, w brzuchu burczy, do Madrytu jeszcze trzy godziny.
Wczoraj byliśmy w parku. Wieczorne słońce ogrzewało nas przyjemnie, gadaliśmy i to była jedna z tych miłych chwil, którą wiedziałam wcześniej, że chcę przeżyć na erasmusie. Ciekawe tematy, trochę głupot, położyliśmy się pod koniec na trawie i gapiliśmy się na niebo ("Wyobraż sobie, że teraz nasra na mnie ptak", "Albo że właśnie położyliśmy się na psiej kupie"). Spojrzałam do tyłu, odginając szyję i trawa stała się zielonym niebiem, a drzewa wyrastały z niej czubkami w dół. Mówię do P.:
Ja: Patrz, świat do góry nogami,
P: Patrz na to. Dziwnie? - Wstał i zaczął skakać tuż nad moją głową (tzn za głową, a nie dosłownie nad), co wyglądało jakby miał zaraz spaść głową w dół na błękitne niebo, ale grawitacja trzymała go jednak na trawie, która uporczywie tkwiła "na górze" i nie chciała spaść na swoje normalne miejsce. Polecam czasem zmienić perspektywę! Kupiliśmy sobie potem po wielkim lodzie na patyku i wróciliśmy na piechotę do domu.
Z lotniska w Madrycie:
Jestem na lotnichu, jem niedobre frytki i całkiem dobre krążki cebulowe – wszystko w cenie, jakby było zrobione ze złota. No nic, mój samolot jest opóźniony więc sterczę tu bez sensu, jestem zmęczona po sześciu godzinach podróży, a jeszcze zostały cztery. Zabawiam się jak mogę, podglądam ludzi głównie albo czytam Ryśka K Non-fiction.
Z McDonaldsa w Beauvais:
Skończyły się dni w Warszawie. Nie napiszę, że za szybko minęły, bo to już się robi nudne. Byłam w domu, zjadłam pierogi (dwa razy), wypiłam polskie piwko z kija (rozcieńczane a jak). Widziałam się z rodziną, przyjaciółkami, chłopakiem. Ciekawie tak, przyjechać na krótko i być w Polsce jak gdyby nigdy nic. Nie umiem tego dobrze opisać, ale to naprawdę jest zdumiewające jak się wraca po takim czasie, a dom dalej stoi tam, gdzie stał, kartki na parapecie leżą tam, gdzie się je zostawiło itp. W sumie to oczywiste, ale wywołało we mnie jakiś dysonans.
Do samolotu do Zaragozy mam jeszcze sześć godzin. Pora chyba pozwiedzać coś oprócz Maca. Oui oui, idę na podbój Francji!