sobota, 2 lipca 2011

Powrót

To nie były bardzo intensywne dni. Byłam w Barcelonie już trzy razy i nie chciało mi się oglądać po raz kolejny najbardziej znanych zabytków, bo i po co? Byłyśmy w muzeum Picasso (jakoś wcześniej nigdy nie udało mi się tam dojść), na ulicy vintage sklepów (kiepskie, brzydkie wszystko i jakieś obleśne, jedyny fajny sklep był ze starymi winylami - Beatlesów, Davida Bowie, Rolling Stonesów, czad). Poszłyśmy do centrum handlowego, które mieści się w przerobionej specjalnie do tego celu starej arenie corridy. Na górze jest taras widokowy, z którego można oglądać Barce. Oczywiście poszłyśmy też na plażę. Barcelona widziana z takiej perspektywy jest całkiem przyjemnym i zwykłym miastem. Może oprócz klubów przy plaży, gdzie imprezowaliśmy w ostatnią noc, które są mega drogie i zarazem mega wypasione - gościu przygrywa do Davida Guetty na elektrycznych skrzypcach itp.

Zanim się obejrzałam trzeba było żegnać się z P., a potem znalazłyśmy się na lotnisku. Tam okazało się, że mam 10 kg nadbagażu i szybko musiałam powyrzucać sporo rzeczy. Poszły koc, pościel, poduszka, ręczniki, zeszyt z zajęć, żelazko, przedłużacz, kosmetyki. Przełożyłam książki do podręcznego, trochę książek wzięła ode mnie M. (gracias!) i w końcu jakoś osiągnęłam wyznaczone 32 kg... Dość trudno było zdecydować szybko, czego się pozbyć, na szczęście odprowadził nas na lotnisko Jose Manuel (znajomy) i dałam mu większość rzeczy, które szkoda byłoby wyrzucać. Nie wiem, jak to się stało, same się rozmnożyły. W samolocie słuchałyśmy muzyki z erasmusa, trochę spałyśmy. Potem na lotnisku, już w Warszawie, przywitały nas rodziny, a na zewnątrz "prawdziwe polskie lato", czy też "armagedon pogodowy" (cytat z chorążej G), czyli deszcz i 12 stopni ciepła.

To zapewne ostatni post na tym blogu. Nie mam ochoty na żadne sentymentalne podsumowania. Dziękuje wszystkim czytelnikom, wszystkim komentującym! To była wielka przyjemność, wiedzieć, że ktoś czyta moje wypociny :) Co do erasmusa, to jest coś wyjątkowego, pół roku pełne wrażeń, podróży, poznawania nieznanego, przebywania z, na początku, obcymi ludźmi, którzy zmieniają się potem w przyjaciół. Czego chcieć więcej?

wtorek, 28 czerwca 2011

Barca na 3 dni

I stało się, wyprowadziliśmy się. Udało nam się opuścić mieszkanie z resztą kaucji w kieszeni, co jest dobrą wiadomością biorąc pod uwagę ilość zniszczeń. I to nie jest tak, że robiliśmy to specjalnie, sporo rzeczy się popsuło przypadkiem, nasze mieszkanie nie było też w świetnym stanie od początku. I tak odpadły drzwi od szafki, zbił się blat od stołu, zepsuły rolety w pokoju M., prawie od każdej szuflady odpadły "rączki", odpadł kran w kuchni (M-rko naprawił), połowa framugi drzwi wejściowych odpadła (przyczepiliśmy "na słowo honoru"), od tych samych drzwi odpadła też mosiężna klamka (przykleiliśmy klejem od Chińczyka "poprosimy najmocniejszy klej, jaki Pan ma"), były jakieś dziury w firankach i to chyba tyle. Ale mieliśmy też wkład pozytywny taki, jak nowy garnek, mop, przytachana sofa, jakieś miski, nowe szklanki, dużo przypraw kuchennych i takie tam. Powiedzmy, że to jakaś rekompensata. Nasz landlord okazał się bardzo spoczi i nie policzył nam NIC za zniszczenia, chociaż przyznaliśmy się do tych najbardziej widocznych.

To wszystko było dwa tygodnie temu, z częścią kaucji w portfelu i uśmiechami na twarzach ruszyliśmy od razu na costę bravę. Spędziliśmy tam parę dni - plaża, słońce, dni gorące, imprezy. Trafiliśmy na święto sant Joan i fiesty na ulicy, tańce i koncerty tuż przy plaży. Znaleźliśmy super tani apartament (dumne słowo) dziesięć metrów od morza... Głupi ma zawsze szczęście. Potem szybki powrót do Zaragozy na dwa egzaminy, a teraz jesteśmy w Barcelonie na parę dni. Dziś z ciężkim sercem pożegnaliśmy się z M-rko, który wrócił już do Czech.

czwartek, 16 czerwca 2011

...

I po egzaminach. Od razu świat stał się piękniejszy, Hiszpania z powrotem przyjemna i dni płyną inaczej. Każdego dnia jest niedziela, budzimy się po jednej niedzieli, ale nic się nie zmienia i ciągle jest niedziela. Chodzimy do parku, imprezujemy, oglądamy filmy wieczorami. Pogoda od kilku dni jest iście wakacyjna - w ciągu dnia czterdzieści stopni, w nocy trzydzieści. Powietrze ma taki specyficzny zapach upału, czasów chillowania się, picia wody z lodem i cytryną dla ochłody i takich innych.

Byli u nas przez trzy dni koledzy P. Trzech mężczyzn w domu więcej, a wydawało się jakby zamieszkał u nas oddział wojskowy. Pierwszej nocy darzyłyśmy ich czystą nienawiścią, kiedy wydzierali się w kuchni, śpiewali na całe gardło "Por que te vas?" podczas, gdy my próbowałyśmy wyspać się przed egzaminami. Potem jednak sytuacja się odwróciła i spędziliśmy dwa szalone i bardzo przyjemne dni. Wczoraj dom nagle opustoszał, ale na krótko. Od dziś będzie mieszkał z nami M-rko, który teraz tymczasowo jest w Czechach. Wciąż nie wiemy, kiedy się wyprowadzimy. Manana, zobaczy się. W planach jest wiele imprez pożegnalnych, ogólnie zaczął się czas, kiedy często widzimy się z kimś, kogo możliwe, że nigdy więcej nie zobaczymy. Trochę to przykre, ale było wiadomo, że prędzej czy później ten okres nastąpi.

W naszym stylu średnio-kiepskiej, żeby nie napisać zupełnie nieudanej, organizacji zaczęłyśmy z M. załatwiać formalności uniwersyteckie związane z powrotem. Mam nadzieję, że zdążymy ze wszystkim. Dziś totalne ple ple, wybaczcie. Idę cieszyć się słońcem!

niedziela, 12 czerwca 2011

Dekalog erasmusa

1. Miejcie pogardę dla nieodpowiedzialności,
2. Kac nie pomaga w nauce,
3. Nie istnieje coś takiego, jak "pójdziemy tylko na dwie godziny i wrócimy przed czwartą",
4. Nie słuchajcie współlokatorów, kiedy mówią "ale to nasza ostatnia noc razem" (powtarzane z przekonaniem po sto razy mimo, że będziemy razem mieszkać jeszcze co najmniej przez tydzień),
5. Gdy macie egzaminy w poniedziałek i wtorek, w sobotę nie należy wychodzić na imprezę, to głupie i nieodpowiedzialne!!!!!!
6. Stosujcie się do tych rad, bo inaczej pożałujecie.

Dekalog erasmusa na dziś ma 6 punktów. Dziękuję.


*update

7. Jeśli już się zdarzy tak, że nie zastosujecie się do powyższych żelaznych zasad (!) nie należy szukać pomocy w google "how to cure a hangover". To nic nie pomoże,
8. Weźcie plusha, posłuchajcie przyjemnej muzyki, wyluzujcie. Weźcie prysznic, idźcie do parku i uczcie się Drogie Dzieci.

Przyjemna muzyka:


poniedziałek, 6 czerwca 2011

Pościg na dzielni

Nic ostatnio nie piszę, bo nie umiem. Wszystko co piszę to biadolenie na dysonans cieszę-się-nie-cieszę, że wracam. Niby to dopiero za miesiąc, ale minie zanim się obejrzę. Teraz mamy egzaminy, potem szybka wyprowadzka, dwutygodniowy chilling na costa brava i do domu.  Tęsknota będzie straszna Proszę Państwa, ale z drugiej strony też radość, że Warszawa.

Ostatnio dużo się uczę, a raczej staram się zmusić do nauki, a efekty są różne. Mam nadzieję na litość ze strony prowadzących na widok wielkiego napisu "erasmus" przy moim nazwisku :) Pogoda dziś pod psem, rano opalaliśmy się w parku z notatkami, potem zaczęło zbierać się na burzę. Na obiad był kebab (a wczoraj McDonalds), bo nikomu się nie chce niczego gotować. M-rko nie musi się uczyć, tymczasowo nie ma w domu internetu i przychodzi do nas poczatować na fejsbuku itp. Tym samym oczywiście demoralizuje i demotywuje do nauki, zaczynają się pogaduchy i takie tam. Wieczorami przed zaśnięciem, oglądamy zawsze kilka odcinków The It Crowd (polecam) przy piwku i śmiejemy się do rozpuku.

Z ciekawostek jakiś czas temu mieliśmy pod domem pościg. Prawdziwy, taki z policją i przestępcami. Chyba jeszcze nie wspominałam o tym, że mieszkamy w nieco szemranej dzielnicy. Są pewne uliczki, w które po zmroku lepiej nie wchodzić, chyba, że w celu zakupu mocniejszych substancji odurzających lub poznania emigrantów z różnych stron świata, którzy mają różne intencje - przede wszystkim sprzedać coś, wyciągnąć darmowego papierosa, czasem porozmawiać, a innym razem ukraść pieniądze. Oczywiście wprowadzając się nic o tym nie wiedzieliśmy. Nie jest jednak wcale niebezpiecznie, do tej pory nikomu nic się nie stało, poza tym część ulic jest wyłączona z tego klimatu, normalna, jasna i spokojna. No więc siedzimy sobie któregoś razu w kuchni i nagle za oknem śmiga jakiś samochód, a zanim policja na sygnale. I tak kilka razy, wciskali gaz do dechy na tych wąskich uliczkach, szaleńcy. Razem widzieliśmy ze trzy radiowozy, jednych tajniaków z kogutem na dachu no i jakiś ścigany samochód. Uciekinier musiałbyć lepszy, bo po 10 minutach wszystko ucichło i policja smętnie jeździła po ulicach niby to jeszcze je przeszukując. Mają werwę hiszpańscy policjanci.

czwartek, 26 maja 2011

Takie posklejane

Z autobusu z Zaragozy do Madrytu:

Jadę do Madrytu, stamtąd lecę do Warszawy. Jest czternasta. Za oknem góry pokryte mchem, ziemia wysuszona od palącego słońca, oprócz tego dwupasmówka, samochody. Lubię te hiszpańskie zaokniane widoki. Z autobusu widok jest zazwyczaj taki sam, czy jesteśmy na południu Hiszpanii czy w centrum, jak ja teraz. Obok mnie siedzi wyluzowany gościu w portkach w paski, z posiwiałą brodą, i czyta magazyn o sztuce. Podczytuję mu trochę – Van Gough, brytyjski graficiarz Banksy i tacy inni. Zaspałam dziś na autobus, nie wzięłam w podróż słuchawek, nie naładowałam komórki - bez sensu. Na razie nie chce mi się czytać moich książek. Oczywiście też nic nie zjadłam. Kiszki grają marsza, w brzuchu burczy, do Madrytu jeszcze trzy godziny.

Wczoraj byliśmy w parku. Wieczorne słońce ogrzewało nas przyjemnie, gadaliśmy i to była jedna z tych miłych chwil, którą wiedziałam wcześniej, że chcę przeżyć na erasmusie. Ciekawe tematy, trochę głupot, położyliśmy się pod koniec na trawie i gapiliśmy się na niebo ("Wyobraż sobie, że teraz nasra na mnie ptak", "Albo że właśnie położyliśmy się na psiej kupie"). Spojrzałam do tyłu, odginając szyję i trawa stała się zielonym niebiem, a drzewa wyrastały z niej czubkami w dół. Mówię do P.:

Ja: Patrz, świat do góry nogami,

P: Patrz na to. Dziwnie? - Wstał i zaczął skakać tuż nad moją głową (tzn za głową, a nie dosłownie nad), co wyglądało jakby miał zaraz spaść głową w dół na błękitne niebo, ale grawitacja trzymała go jednak na trawie, która uporczywie tkwiła "na górze" i nie chciała spaść na swoje normalne miejsce. Polecam czasem zmienić perspektywę! Kupiliśmy sobie potem po wielkim lodzie na patyku i wróciliśmy na piechotę do domu.

Z lotniska w Madrycie:
Jestem na lotnichu, jem niedobre frytki i całkiem dobre krążki cebulowe – wszystko w cenie, jakby było zrobione ze złota. No nic, mój samolot jest opóźniony więc sterczę tu bez sensu, jestem zmęczona po sześciu godzinach podróży, a jeszcze zostały cztery. Zabawiam się jak mogę, podglądam ludzi głównie albo czytam Ryśka K Non-fiction.

Z McDonaldsa w Beauvais:

Skończyły się dni w Warszawie. Nie napiszę, że za szybko minęły, bo to już się robi nudne. Byłam w domu, zjadłam pierogi (dwa razy),  wypiłam polskie piwko z kija (rozcieńczane a jak). Widziałam się z rodziną, przyjaciółkami, chłopakiem. Ciekawie tak, przyjechać na krótko i być w Polsce jak gdyby nigdy nic. Nie umiem tego dobrze opisać, ale to naprawdę jest zdumiewające jak się wraca po takim czasie, a dom dalej stoi tam, gdzie stał, kartki na parapecie leżą tam, gdzie się je zostawiło itp. W sumie to oczywiste, ale wywołało we mnie jakiś dysonans.

Do samolotu do Zaragozy mam jeszcze sześć godzin. Pora chyba pozwiedzać coś oprócz Maca. Oui oui, idę na podbój Francji!

niedziela, 15 maja 2011

Nauka nauka nauka

Była siostra, pojechała. Teraz są z T. w Madrycie. Te trzy dni minęły bardzo szybko, za szybko. W czwartek i piątek ciągle było coś do zrobienia na uczelnię, a w sobotę pogoda zrobiła psikusa i się zepsuła. Wrócił do nas lokalny wiatr (Cierzo), który tak napiernicza, że żyć się odechciewa, zwiedzanie przestaje być przyjemne i najlepiej schować się w domu z winem i dobrymi przekąskami. Tak też zrobiliśmy, obejrzeliśmy "Lśnienie" Kubricka i mówiąc delikatnie było emocjonująco. Potem przyszła pora iść spać, bo goście musieli rano wstać na autobus. Nie odprowadziłam ich na dworzec, bo na moment pożegnania rozklejam się okropnie i wolałam uniknąć tego po raz kolejny. Odprowadziłam ich tylko do drzwi mieszkania i potem poszłam dalej spać. Wcześniej w nocy Kejti przytuliła mnie przed zaśnięciem, jej loki zalały moją twarz i złączyły się z moimi lokami.  Czułam znajomy zapach jej szamponu i ciała i jasne było, że właśnie przytula mnie ktoś, kto mimo wielu różnic jest taki sam, jak ja. Z tej samej gliny. Świetnie jest mieć kogoś, z kim można się tak poczuć.
 
Z ciekawostek P powoli dobrzeje, tylko ciągle coś ma nie tak z wynikami krwi. Dziś przyjechał jego ojciec i gadali sobie wieczorem, a my z M, która wprowadziła się do mojego pokoju na czas nauki, zamęczamy się pracami domowymi. Taryfa ulgowa dla erasmusów okazała się zwykłą bujdą, na dodatek pracy jest więcej niż normalnie w Polsce. Końca nie widać, mam nadzieję, że jednak jakoś do niego dotrwam.

wtorek, 10 maja 2011

Salsa, kryzys i butelka

Najpierw o salsie. Spóźniliśmy się oczywiście na spotkanie z Samantą, więc musieliśmy szukać klubu na własną rękę. Próbowałyśmy to zrobić to z M. dwa tygodnie temu, ale wtedy nikt nie umiał nam wytłumaczyć jak tam dojść i w końcu się poddałyśmy. Tym razem jednak mieliśmy szczęście, przystojny latynos z kręcąnymi włosami wytłumaczył nam jak iść i po dziesięciu minutach szukania dostrzegliśmy zielony szyld z napisem "Tropico". Na drzwiach klubu przyklejona była kartka: nie wchodzić przed skończeniem 18 lat, ale inni erasmusi mówili nam, że na salsie jest fajnie wiec bez obaw weszliśmy. Muzyka już grała, bo byliśmy spóźnieni, a na malutkim parkiecie tańczyło ze trzydzieści osób. Klimat klubu był taki jak z kubańskich filmów o tańcu, dirty dansing i takich innych. Mimo, że trafiliśmy na poziom podstawowy kroki wcale nie były łatwe. Ludzie tam naprawdę umieli tańczyć, najlepiej kobieta w długich lateksowych botkach, młoda dziewczyna w jeansowej mini i instruktor, niski latynos. Pozostali uczniowie byli bardzo zróżnicowani, młodzi i starzy, Azjaci, Latynosi,  pary, single. Wszyscy się do nas uśmiechali, nawet jak wpadaliśmy na nich w obrotach. Po tańcach w pojedynkę przyszła pora na taniec w parach. To już był lekki hardcore dla niektórych. Co mniej więcej pięć minut trzeba było zmieniać parę i z jednym kolegą udało mi się zatańczyć wszystkie kroki poprawnie! W przerwach w tańczeniu można było kupić sobie cytrynowe piwo i pogryzać pestki słonecznika. Było świetnie, idę w przyszłym tygodniu. W soboty można tam tańczyć tango, ale mam obawy, że nie znajdę partnera chętnego do tańca. Szkoda.

Także w czwartek było bardzo miło. W piątek znów impreza, też bardzo udana, ale darujmy sobie opis. W sobotę natomiast nastąpił kryzys, P. bardzo źle się poczuł w centrum handlowym (kupowaliśmy prezent dla M.) i po godzinie bezskutecznych starań zeby mu pomóc (dwie pielęgniarki, które akurat robiły tam zakupy, dużo przechodniów i przerażona ja) przyjechała karetka. Właściwie nie wiadomo co się stało, coś jakby atak padaczki. W każdym razie nie było wesoło. W nocy znów jechaliśmy do szpitala. Potem było lepiej, ale teraz P. znowu nie najlepiej się czuje. Na razie śpi. Wszystko to wynika z zapewne z naszego trybu życia, nieco nierozsądnego. Z tego, że wypił duużo whisky, duużo kawy, nic nie jadł, prawie nie spał itp. Mam nadzieję, że niedługo się poprawi.

W niedzielę M. miała urodziny, ale wyszło to bardzo słabo bo atmosfera po sobocie była lekko grobowa. Wczoraj zrobiliśmy poprawiny i dostała broń do strzelania (plastikową, w razie gdyby była na kogoś zła, co czasem się zdarza), kajdanki, granat itp. A oprócz tego kubek na herbatę, hiszpańską herbatę i takie urządzenie do jej zaparzania. Staraliśmy się. Wyszło fajnie. :) M. w przypływie kreatywności wymysliła, że musimy napisać swoje życzenia na kartce - każdy to, co chce, żeby spełniło się w jego życiu i wrzucimy je w butelce do Ebro. Tak też zrobiliśmy, każdy w swoim języku, daliśmy sobie do przeczytania i pi razy drzwi dało się zrozumieć, co napisali inni. Załadowaliśmy je do butelki i z mostu tuż koło naszego mieszkania zrzuciliśmy do rzeki - ja, P, M i M-rko. Patrzyliśmy na butelkę dopóki nie zniknęła w ciemnościach. Przy odrobinie szczęścia, jeśli pojedziemy na kanary po erasmusie, ocean powinien ją wyrzucić na brzeg plaży, na której będziemy się akurat opalać... Ale ja pewnie już nie pojadę, bo moja sakiewka powoli wraca do normalnego stanu i pustoszeje. Zobaczymy.


piątek, 6 maja 2011

Szalony tydzień

Powoli zaczynam czuć, że zbliża się koniec mojej hiszpańskiej przygody. Za szybko, zdecydowanie. Dopiero teraz zaczynam czuć się tu naprawdę domowo i swobodnie. Znamy coraz więcej fajnych miejsc, dobrych skwerów do posiedzenia, kawiarni z dobrą i tanią kawą, miejsca oswoiły wspomnienia, a relacje z ludźmi są fajniejsze, głębsze. Zostało jeszcze półtora albo dwa miesiące, mam nadzieję, że zdążę się nacieszyć.

Ogólnie jestem kiepską kronikarką, czego ten blog jest najlepszym dowodem, ale tym razem się wysilę. Tak wyglądał mój tydzień, od poniedziałku do piątku:

Poniedziałek: Miałam robić prace domowe, skończyło się na desperackich próbach wyrwania się z domu (o tym już było wcześniej). Desperackie próby skończyły się chill outem, czy też popijawą u nas. Muzyka, rozmowy o życiu, w miarę upływu czasu i pustoszenia butelek tańce, śpiewy, a to wszystko w trzy osoby. Ja odpadłam pierwsza, zamknęłam pokój na klucz bo nie dawali mi spać. P i M-rko wypili wódkę do dna (taka tradycja i obowiązek), a następnie rozeszli się - M do domu, P do swojego pokoju. Godzinę później (szósta rano) M wrócił do nas, bo zapomniał kluczy do domu. Spał na sofie.

Wtorek: Zaczął się późno, koło czternastej, co tu dużo mówić kacem. Postanowiliśmy, że wieczór spędzimy kulturalnie i ugotujemy coś pysznego. W ciągu dnia próbowałam robić prace domowe, ale głównie spałam i leczyłam kaca (po hiszpańsku resaca, może kiedyś Wam się przyda). Nie ma się czym chwalić. Gdy zaczęło się ściemniać poszliśmy do marketu kupiliśmy krewetki, kalmary, takie małe rybki (pescadilla chyba) i jakieś warzywa, żeby przygotować klasyczne hiszpańskie tapas - w tym patatas bravas, czyli po polsku smażone ziemnioki. Gotowaliśmy trzy godziny, nikt się nie obijał, naprawdę się staraliśmy, a wyszło jak zwykle. Frustracja była ogromna. Smaczne były tylko krewetki w panierce z pomidorowo-kolendrowym sosem. Schrzaniliśmy nawet ziemniaki! W przypływie bezmyślności wsadziliśmy je do piekarnika licząc na to, że się usmażą.  Nie wiem jak to skomentować. Resztę nocy pominę, znów trzaba było się odurzyć, aby zabić rozczarowanie.

Środa: W środę kończy się weekend a zaczyna tydzień, czyli dni na uczelni. Ale delikatnie, jednymi zajęciami. Dzień znów zaczął się późno, nie dałam rady wstać na zajęcia, w sumie nic nie dałam rady zrobić. Pogadałam na skypie z konkretnych aktywności, a dzień skończyłyśmy oglądając z M i jej gościem Martą (wszyscy na M cholera!) "Czas surferów". W połowie filmu w mieszkaniu wysiadł prąd. Jednocześnie w kuchni popsuł się kran. Odpadł! Prawdopodobnie poszła uszczelka, ale kran przepełnił czarę goryczy. Nic nie dawało majstrowanie w korkach, poszliśmy nieszczęśliwi spać.

Czwartek: Dzień bez prądu (bez internetu!), bez ciepłej wody (boiler nie działa), bez wody w kuchni (bo kran), za to dużo zajęć 11.30-18 na uczelni. Wieczorem przyszedł właściciel, powłączał światło w różnych miejscach, pogrzebał w korkach. Skończyło się na tym, że wezwie elektryka. Poszłyśmy do chińskiego nocnego po świeczki. Wcześniej zaprosiłyśmy na imprezkę koleżankę-Hiszpankę, impreza przy świeczkach, potem dansing, wracamy do domu około szóstej i... prąd magicznie ozdrowiał! Mamy światło, ładujemy laptopy i komórki. Idziemy spać.

Piątek: Nic nowego, że zaczął się późno. Zajęcia 13-17 i  znów zaczyna się weekend. Jem truskawki, cieszę się z prądu, znów zbieram się do prac domowych. Wieczorem idziemy na salsę, potem na botellon (popijawa "w plenerze"), gdzie ma być sporo erasmusów.

W przyszły wtorek przyjeżdza do mnie siostra, czego nie mogę się doczekać! M-rko orzekł, że jest znacznie piękniejsza ode mnie, ale mimo to się cieszę, że przyjeżdza.

Ostatnie słowo na dziś. Nie wiem jakim cudem jeszcze tu tego nie zalinkowałam, ktoś napisał super artykuł na publica.pl o Hiszpanii z zdjęciami-ilustracjami spod mojego domu. Kto jeszcze nie czytał to zapraszam! Czytajcie tu!

poniedziałek, 2 maja 2011

Ceńcie polskich chińczyków!

"Chińczyków" zostało w tytule użyte jako określenie rodzajów barów zatem zostawiam z małej litery, to nie żaden afront. Ten wpis nie będzie zbytnio ciekawy, ale musiałam się wygadać. Zawiedzionych przepraszam.


W Zaragozie jest dobrze, ale jak są ludzie. Teraz akurat M. wyjechała, M-rko miał był zajęty sekretnym spotkaniem którego natury nie chciał zdradzić (w sumie to wolę się nie dopytywać), natomiast P. wyszedł do biblioteki wczoraj i do dziś nie wrócił. Ale żyje, na facebooku napisał mi, że będzie dziś w domu późno i dalej pilnie się uczy. Nie wnikam... Ja też mam mnóstwo prac domowych, ale i tak nie chciałam siedzieć dwa dni sama. Ponieważ próby wyciągnięcia jakichś znajomych gdziekolwiek spełzły na niczym postanowiłam pójść "na sport". Zapisałyśmy się z M. do centrum sportowego na trzy miesiące i możemy chodzić na wszystkie zajęcia z oferty i na basen. Na początku mocno mnie to bawiło, bo nie rozumiałam poleceń instruktorów na przykład na aerobiku, ale teraz już rozumiem i nie jest tak śmiesznie. Spakowałam co trzeba i pojechałam, ale zapomniałam, że dziś święto i odbiłam się od drzwi. Zdesperowana, żeby nie siedzieć w domu poszłam na spacer. W Zaragozie jest "sfera Expo" czyli pawilony po Expo 2008, które obecnie służą za park. Przeszłam się między fontannami, mostami, instalacjami artystycznymi, niestety nie spotkałam NIKOGO znakomego po drodze (trudno się dziwić, ale miałam iskrę nadziei) więc zaczęłam powoli wracać do domu.

Poszłam jeszcze tylko do chińczyka. Tu dochodzimy do tematu tęsknot spożywczych. Brakuje mi ogórków kiszonych, chleba (precz z bagietkami!), pierogów, barszczu, kaszy, schabowego, dobrego chińczyka i pudełka makaronu z Nudle w Pudle. Najbardziej ufiksowałam się jednak na chińczyku i szukam dobrego smażonego ryżu. Wujek Google podpowiedział mi kilka miejsc i jakoś z pamięci poszłam z parku do restauracji. Tak, nie przypadkowo użyłam tego słowa! W tym miejscu pozdrawiam wnikliwych czytelników, oraz wielbicieli sera Feta! :) Bowiem chińskie bary wyglądają w Hiszpanii zupełnie inaczej niż w Polsce, to są raczej restauracje. Nie ma plastikowych stolików ani krzeseł, jest dużo przestrzeni, na stołach piękne nakrycia niczym w hotelu, wygodne krzesła z poduchami i takimi pokrowcami do ziemi oraz zawsze ciekawy wystrój. A to płaskorzeźba, a to plakat piłkarski, akwarium (to się w Polsce zdarza, na przykład w kochanym Que Huongu na pl. Zbawiciela), czy inne takie. Zawsze jednak zadziwia mnie wyczucie estetyki właścicieli, połączenie tych eleganckich nakryć z ewidentną tandetą. Tak, te restauracje to naturalne sanktuaria kiczu. Skracając nieco tę opowieść zamówiłam smażony ryż z curry, wcześniej upewniwszy się, że jest w nim mięso - "świnia" skwitowała Pani (bądź "wieprzowina", ale wybierzmy śmieszniejszą wersje). Okey, więc czekałam piętnaście minut aż Pani przyniosła mi znów za cenę mojito późny obiad na wynos, bo chciałam zjeść w domu. Przekładając danie na talerz już w domu od razu zauważyłam, że się z Panią nie dogadałyśmy. W ryżu są krewetki, kurczak i coś dziwnego, co przypomina wołowinę. Ech. Tak czy siak wszystko jest suche i takie sobie, a ja mimo usilnych starań siedzę sama w domu...

Nie uwierzycie, właśnie zadzwonił domofon i przyszedł M-rko! Ach! Moje modlitwy zostały wysłuchane!

niedziela, 1 maja 2011

Klasyczne wpadki

M i B. Stoimy przed carefourrem z siatami pełnymi zakupów (tuż po zajęciach sportowych, przed popijawą, z głupawką):
M: Aaaaaaaaaaaaa!
B: Co?
M: Aaaaaa!
B: Hę?
M: Torbaaaa!
B: A toorba! Aaaaaaaaaaa (łapiąc litrowe martini wypadające z plastikowej pękającej torby)

Obie wyjemy ze śmiechu. Dobrze być spowrotem w Zaragozie!

piątek, 22 kwietnia 2011

Jak nie Hiszpania to może Portugalia?

Ostatnio nie było czasu na pisanie. Wycieczki, prace domowe, goście i trudno w "między czasie" przysiąść do blogunia, chociaż było o czym pisać, ale tak już jest, że o tym, co było jakoś nigdy się już nie chce. Może później, jeśli trafi się jakiś nudny dzień coś połatam, a może nie :)

Na Wielkanoc mieliśmy pojechać na południe Hiszpanii. Zapowiadało się bajecznie - Madryd, Sevilla, Kadyks, Tarifa, Granada... Tanie zakąski, słoneczne dni, piękne miasta. Jak się pewnie domyślacie wyszła z tego figa z makiem. Złożyły się na to dwa powody 1. Dezorganizacja nie może się zreorganizować - nie zarezerwowaliśmy żadnych hosteli, pociągów, autobusów. Nic! 2. Wielkanoc w Hiszpanii to nie tak, jak w Polsce czas zajadania się mazurkami z rodziną w domu, ale raczej świetna okazja do podróżowania, udziału w wielkich fetach religijnych czy po prostu krótkich wakacji. I tak ceny skoczyły w górę, południe zalały tłumy, nasze portfele szybko pustoszały i zaczęliśmy łapać się nerwowo za głowę zastanawiając się co dalej? Po analizie WSZYSTKICH możliwych opcji najlepszą okazała się Portugalia! Za cenę czterych mojito (trzymajmy się tej waluty) pojechaliśmy do Olhao. Stamtąd mamy bazę wypadową do Faro (bardzo stare, ponoć bardzo interesujące, ale jakoś tego nie zauważyłam) i do okolicznych wysp, gdzie można opalać się przy szumie fal Atlantyku. Ale spokojnie, nie jest idealnie. Pada codziennie w najmniej spodziewanych/pożądanych momentach, niebo jest przez połowę dnia zachmurzone i ogólnie pogoda jest kapryśna.

Dobre są za to jedzenie i napoje. Winko z kartonu, także Porto obleci (jak dla mnie za słodkie jednak), codziennie smażymy inną rybę na obiad, tradycyjne portugalskie ciasto wielkanocne jest z jakimś syropem i jest pyszne. Wracając do ryb mamy farta i trafiliśmy na cudowną Panią w markecie, która zawsze nam doradza, którą rybę wybrać i jeszcze potem wyjmuje z niej wszystkie flaki, odcina głowę - kocham ją za to. W ciągu trzech spędzonych tu dni dostaliśmy za darmo cytrynę i  za friko przepłynęliśmy się promem, zakupiłam sobie buty za 6 euro z czego jestem niezwykle dumna (zakup był konieczny, bo wszystkie buty mi przemokły). Także nie jest źle z Portugalią, chociaż wciąż trochę żałuję tych wszystkich Hiszpańskich miast.

Ps. Foteczki będą jakieś może później, jakoś chyba nie lubię jednak zdjęć na blogu. 
Pps. Na Kanarach było super!

czwartek, 7 kwietnia 2011

Bitwa na poduchy

Zacznę nie na temat, ale muszę się wyżalić. Znowu mam anginę. Oszczędzę Wam dokładnej historii choroby pacjenta i powiem tylko, że jest to dość wkurzające leżeć w łóżku i czuć się jak zdechła ryba podczas, gdy na dworze świeci słońce i jest dużo alternatywnych zajęć. Nienawidzę chorować! Znów poszłam do szpitala, bo nie wiedziałam co zrobić, minęłam oddział położniczy, trochę poczekałam w kolejce i dostałam inny antybiotyk. Na ironię losu znowu dobrze by było szybko wyzdrowieć, bo w sobotę lecimy rodziną Santa Ines (Ja, M i P, oraz zaadoptowany M-ko) wraz z odwiedzającą nas G. na Kanary. Plaża, morze, słońce, wszystko tanie! Ostatnie czego mi tam trzeba to angina.

Wracając do poduszek... Zawsze uwielbiałam się nawalać na poduchy z moją siostrą i kiedy  w zeszłym roku dowiedziałam się, że w Warszawie będzie taka bitwa na placu Zamkowym od razu zechciałam pójść. Ale wiecie jak jest i w końcu dzień mi się pomylił, czy po prostu zapomniałam grunt, że cała zabawa mnie ominęła. Tym bardziej chętnie, gdy dowiedziałam się, że w Zarze będzie napieprzanie się poduchami, złapałam swojego jaśka i ruszyłam na poduszkową rzeźnię. Przyszło nie za dużo osób, z czterdzieści albo pięćdziesiąt spodziewałam się jakiegoś tłumu, ale mała ilość osób nie przeszkadzała. Podzielono nas na dwie grupy i na gwizdek ruszaliśmy na siebie niczym rozwścieczeni tatarzy po czym wszyscy ku wszelkiej uciesze nawalali się poduszkami. Pierze latało w powietrzu, co tu dużo mówić, wszyscy się tłukli i było wesoło. Poduszką to nie boli, a też nikt tak mocno nie przywalał, żeby kogoś skrzywdzić. Kultura.

Po kilku rundach poduszko-bitwy położyliśmy się wszyscy na ziemi na naszych poduchach i odpoczywaliśmy. Potem chętni ustawili się do zdjęć pamiątkowych i podrzucaliśmy poduchy do góry, jak studenci czapki w amerykańskich uniwersytetach.



Poszliśmy potem małą grupą znajomych na piwo do pubu, potem na kolejne do mieszkania do kolegi. Kolega nie jest erasmusem tylko pilotem z amerykańskiego Air Force i ma mega wypasione mieszkanie, gdzie jest stół do cymbergaja, piłkarzyki, instrumenty podłączone do TV takie, że się gra i program mówi, czy dobrze czy nie (jak to się nazywa?). Generalnie, dobrze było. Wszyscy się rozeszli do akcesoriów rozrywkowych. Najbardziej podobało mi się granie na perkusji, a z kolei na gitarze było strasznie ciężko, w piłkarzyki jestem totalną nogą, ale w cymgergaja mniej więcej daję radę. Koło północy czas mi było wracać do domu ze względu na jakieś tam obowiązki. Nawet erasmus czasem coś musi.

środa, 30 marca 2011

Niech mnie ktoś uszczypnie!

Chyba tracę głowę. Od tego słońca, od mieszkania z ludźmi w swoim wieku i wspólnych wygłupów, od gadania na skypie z bliskimi i dziwnego uczucia gdy gadam niejako "do komputera" a z drugiej strony przecież do żywego człowieka, od tej Hiszpanii, której klimat przenika mnie na wskroś. Ja to wszystko uwielbiam!

Dostaliśmy sofę za darmo. P. zagadał do jakiejś dziewczyny, że mamy w "salonie" (zdecydowanie zbyt okazałe słowo jak na nasz pokój imprezowo-jadalny) tylko krzesła. Ona odparła, że ma o jedną sofę w domu za dużo i chce ją wyrzucić. Takie rzeczy tylko P. się przytrafiają. Poszliśmy więc któregoś dnia po sofę. Do autobusu by się nie zmieściła ani do samochodu, więc po prostu wzięliśmy ją we czwórkę i tak nieśliśmy do domu. Zajęło to całe popołudnie ale to dlatego, że przystanki były długie, ręce bolały i trzeba było odpocząć, ale też świetnie się siedziało na kanapie na ulicy, z papieroskiem w ręku, obciachowym puszczaniem muzy z komórki (beatlesów!) - to było jak taki skromny flash mob. Siadaliśmy na naszej sofie w środku miasta, ludzie do nas zagadywali, robiliśmy sobie zdjęcia, prosiliśmy przechodniów o ogień. Na koniec, już bardzo blisko domu, postawiliśmy sofę na placu de Torros pod jakimś pomnikiem i siedzieliśmy tam chyba przez godzinę upajając się chwilą. Sofa jest zielona, w kwiatki, na podpórkach wystaje gąbka (ja jestem pasażerem... zawsze mi się kojarzy).

Z innych ciekawostek wczoraj popsuł nam się boiler i od dwóch dni kąpiemy się w zimnej wodzie bądź chodzimy na basen lub do centrum sportowego aby pod pretekstem ćwiczeń zażyć kąpieli. Nic ciekawszego się nie dzieje, raczę Was tymi opowiastkami w myśl zasady lepszy rydz niż nic!

sobota, 26 marca 2011

Przedsmak Las Fallas

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że właściwie to nie byłam na Las Fallas. Musiałam wrócić do Zaragozy z powodu wizyty szanownych rodziców dokładnie w dniu oficjalnego rozpoczęcia festiwalu. Załapałam się jednak na przygotowania i mały przedsmak Las Fallas. Miasto już ozdabiały kolorowe iluminacje i jeszcze nieodłonięte drewniane figury. Każdego dnia o godzinie 14stej mimo tego, że festiwal się jeszcze nie zaczął na głównym placu w Walencji odbywała się tzw. mascleta czyli pokaz petard. Ci z nas, którzy przeżyli w dzieciństwie przyżeli okres bawienia się petardami wiedzą, że więcej z nich dymu i hałasu niż jakiejś konkretnej atrakcji wizualnej. Tutaj było podobnie, ale zdawało się to nikomu nie przeszkadzać. Ludzie zachęcali nas aby nie zatykać uszu, bo właśnie owy huk stanowi główne źródło ekscytacji mascletą. Ważne były też wibracje, które czuło się na całym ciele. Klatka piersiowa skakała jak opętana, wszystko chowało się za zasłoną dymu, odgłosy przypominały trochę atak bombowy, a gdy wybuchła ostatnia petarda zadowoleni Hiszpanie pokrzykiwali, klaskali, tańczyli i śpiewali.

Tylko tyle zdążyłam zobaczyć, ale podczas Las Fallas dzieje się więcej. Świętuje się noc Matki Boskiej Opuszczonych, która jest patronką Walencji. W centrum miasta staje jej statua ze specjalnym rusztowaniem, na które potem kładzie się kwiaty tak, że tworzą płaszcz kobiety. Ponoć miejskie powietrze pachnie tej nocy goździkami i różami, a gwar rozmów zagłuszają grania kościelnych orkiestr. W pozostałe noce festiwalu odbywają się pokazy sztucznych ogni nad Turią, a za dnia Hiszpanie i turyści oprócz masclety bawią się na  różnych paradach i koncertach. Organizowane są też wybory najładniejszych figur zdobiących miasto (każda dzielnica Walencji ma swoją główną Fallas, która kandyduje w konkursie).

I teraz najważniejsze - La Crema - ostatnia noc festiwalu, w którą palone są wszystkie drewniane posągi zdobiące ulice miasta. Podpalenie każdego poprzedzone jest  kolejnym pokazem sztucznych ogni i taka zabawa trwa do rana.

M. została na Las Fallas do końca i bardzo jej się podobało. Mnie to co widziałam też, chociaż wyobrażam sobie, że pewnie nie wszyscy mieszkańcy Walencji są zachwyceni coroczną wielką imprezą, która zakłóca normalne życie w mieście. Z drugiej strony w organizacje Fallas angażują się organizacje pozarządowe, niezrzeszeni mieszkańcy, lokalni artyści. Integrują się sąsiedzi podczas wspólnego gotowania na ulicach i ogólnie całe miasto ożywa

Poniżej fotki (by M.), na których uliczne posągi, Hiszpanie w tradycyjnych strojach regionalnych na balkonie, parada i wspólne gotowanie paelli przez mieszkańców ulicy, przy której mieszkałyśmy.






środa, 9 marca 2011

Mam anginę. Mierdaaa!

Od tygodnia miałam katar i bóle głowy. Dziś rano obudziłam się dodatkowo z bólem gardła i gdy wieczorem już zupełnie źle się czułam pojechałyśmy z M. do szpitala. Bo nie wiadomo gdzie tu są przychodnie, jakie są zasady przyjmowania kogoś komu opieka lekarska przysługuje w ramach EKUZ itd.

Pojechałyśmy autobusem, docieramy wreszcie do szpitala i tam przy okienku tłumaczę z wysiłkiem po hiszpańsku: Jestem tutaj na erasmusie, mam silny ból głowy, gardła itd. Pani pokiwała głową i pyta się: Czy jest pani %$!#%@# ? (tu pada słowo, którego nie rozumiem). Ja inteligentnie odpowiadam: yyyyyyyyyy i pytam M. co to znaczy ^%@$%! ? Pani powtarza to samo po rosyjsku, patrzy na mnie z wyczekującą miną. Ja patrzę na M. M. wymienia z panią kilka zdań (znów nie ogarniam przez gorączkę, czy nie rozumiem bo mówią za szybko - trudno powiedzieć) i wychodzimy. Pytam się znowu M.: co to znaczy %$#!^? Znaczy być w ciąży, to był oddział położniczy - słyszę w odpowiedzi.

Docieramy na odpowiedni oddział. W recepcji kolejna Pani szybko spisuje moje dane. To, że nie pamiętamy kodu pocztowego nie stanowi żadnego problemu. Idziemy do jakiegoś pokoju, tam mierzą mi puls i ciśnienie. Kierują do drugiego pokoju. W poczekalni jest sporo osób i raczej zrezygnowane siadamy na krzesłach. Tu czeka nas miła niespodzianka, po chwili wywołują mnie do gabinetu. Znów tłumaczę co mi jest. Pani mnie bada. Znowu następują śmieszne nieporozumienia, bo ja nie rozumiem, że mam otworzyć usta, podnieść język itd. Pani doktor jest młoda i bardzo miła. Drukuje mi recepty na zielonych kartkach A4. Pytam się co to? Bo wyglądają raczej na jakieś faktury, ale Pani spokojnie mi tłumaczy, że są to recepty i muszę iść z nimi do apteki. Tłumaczy mi jak często mam zażywać leki, pytam się jej jeszcze czy to angina, ona mówi, że tak i po około 30 minutach spędzonych w szpitalu wychodzę.

W całodobowej aptece w centrum miasta kupuję leki (antybiotyk i coś na zbicie gorączki) za cenę taniego drinka, bo leki na receptę są dofinansowane ze środków publicznych. Idealna służba zdrowia, szybko, skutecznie i miło. 

Jutro nie idę na zajęcia, muszę iść w piątek kiedy mamy same ćwiczenia i liczy się obecność. A w sobotę jedziemy do Walencji na Las Fallas, czyli festiwal ognia więc w ogóle muszę szybko wyzdrowieć.

poniedziałek, 7 marca 2011

Reggaeton to nie jest moja muzyka

Reggaeton to najpopularniejszy gatunek muzyczny w Zaragozie. Przed wyjazdem na erasmusa myślałam, że Reaggaeton to po prostu takie żywsze reggae. Bardziej nowoczesne, mniej czilloutowe ale jednak kojarzące się z Bobem Marleyem, z rytmami, które bujają, chuśtają i nawiązują do klimatu rasta. Ręka do góry komu jeszcze się tak wydawało?

Wikipedia określa to ładnie: "Reggaeton wywodzi się z dancehallu i łączy z nim elementy muzyki hip-hop i latynoamerykańskiej". Ale równie dobrze możnaby napisać, że Reggaeton to hiszpański odpowiednik disco polo, który - wbrew przewidywaniom laików - reggae przypomina tylko z nazwy. W piosenkach nie ma klimatu rasta, za to są szablonowe teksty oraz dużo kiczu. Zamiast bujać i wprowadzać w spokojny nastrój utwory podrywają do tańca i zabawy (przynajmniej tutaj). Są to niepodzielne hity w klubach w Zaragozie, przy których wszyscy świetnie się bawią.


Absolutny hicior na każdej imprezie. Nie wiem dlaczego na klipie pojawia się poważnie chora dziewczyna, słowa w ogóle do tego nie nawiązują.
I jeszcze:

Wiem, że w każdym kraju powstaje muzyczny shit, ale w Hiszpanii przerażająca jest jego popularność. Im się to szczerze podoba. Mnie nie, normalnie zamknęłabym kartę you tube albo wpisała inną piosenkę i o powyższych zapomniała. Ale tu to jest wszędzie, jest częścią mojej teraźniejszej rzeczywistości, a potem będzie erasmusową pamiątką, więc zdążyłam już się do nich przyzwyczaić i wbrew wszystkiemu polubić. Zaczynam się obawiać o swój gust muzyczny.

Na deser tłumaczenie tytułów:
"Te regalo amores" - "Dam Ci swoją miłość"
"Despedida" - "Pożegnanie"

niedziela, 6 marca 2011

Miłe chwile

Poszłyśmy dziś do parku, bo była ładna pogoda. Usiadłyśmy na ławce, słońce mocno grzało tak, że można było nawet zdjąć sweter i zostać tylko w cienkiej bluzce. Przed nami ładny widok odbijał się w rzece Ebro. Nic specjalnego się nie działo, gadałyśmy trochę. Poszłyśmy na kawę z lodem, którą wypiłyśmy przy stoliku na dworze. Naprawdę mamy marzec a nie maj?

"Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca
Przez 7 miesięcy w roku, a lato bywa czasem nie gorące" <-- holy true.

sobota, 26 lutego 2011

Z cyklu prawdziwe historie: zniszczenie obrazu, który tak naprawdę był nadrukiem

Od kilku dni w naszym mieszkaniu zaczął rozchodzić się zapach dotkliwie drażniący nozdrza domowników. Kiedy wchodziliśmy do mieszkania wraz z otwarciem drzwi buchała w nas fala smrodu, który ciężko opisać. Coś pomiędzy szambem, niepokojącym zapachem wilgoci a silnym zapachem środków czyszczących z chlorem, amoniakiem itp. Należało szybko odnaleźć źródło tego zapaszku, ale było to wyjątkowo trudne a poza tym kazdy jest zajęty czymś innym, wiadomo jak jest. 

Kiedy któregoś razu wróciliśmy do domu we troje i znów uderzył w nas szczególny zapach naszego ogniska domowego stało się jasne, że nadeszła pora zmierzyć się z iście sherlockową zagadką i odnaleźć ŹRÓDŁO. P uważał, że zapach ten pochodzi od garnka, w którym gotujemy sobie obiady. Jego dno jest mocno zużyte, nieco zardzewiałe i nieźle zajeżdza (wczoraj kupiliśmy nowy garnek). Ale żeby jeden garnek zasmradzał całe mieszkanie? To wydało się nieprawdopodobne! Moja teoria mówiła, że zapach ten pochodzi z kibla, ale szybko została obalona przez ekspedycję do łazienki, w której smród się nie nasilał i właściwie mało było go czuć.  M chwilowo nie miała żadnej teorii i pozostaliśmy bezradni. Bezsilnie opadliśmy na krzesła z drinkami z malibu i sokiem ananasowym w dłoniach. Jednak po dłuższej chwili milczenia apatyczny wzrok załamanej naszymi niepowodzeniami M padł na mopa, którym P parę dni temu mył podłogę w kuchni...

Tu muszę nadmienić iż rzecz działa się o 4 nad ranem po powrocie z imprezy. Byliśmy więc w szampańskich humorach i zanim zaczęliśmy szukać ŹRÓDŁA zapaszku robiliśmy sobie zdjęcia z nowym garnkiem i obrazem z salonu. Nie co dzień kupuje się nowy garnek, a obraz miał dodać patosu sesji zdjęciowej. Tak więc w momencie gdy wzrok M pada na mopa w kuchni znajduje się już obraz i nowy garnek. Zachwycona olśnieniem M szybko łapię mopa, wyjmuję go z wiadra i wszyscy omal mdlejemy z rozlegającego się smrodu.  Ja jednak dzielnie biegnę z mopem do łazienki, tam myję go z M, po czym w przypływie rosnącej głupawki zamykamy P w kiblu.

To nie koniec. Wściekły P naciera do kuchni z cuchnącym mopem w ręku, a my w panice łapiemy pierwszą rzecz, która była pod ręką - mianowicie nieszczęsny obraz - i używamy go jako tarczy. Tak wydarzyła się tragedia, obraz okazał się tak naprawdę nadrukiem i zostały na nim okropne brązowe plamy po cieknącej z mopa poderzanej cieczy.

W myśl przysłowia "głupi ma zawsze szczęście" rano plamy zbladły, nie ma aż tak wielu dziur w nadruku i mamy nadzieję, że nasza "landlord" niczego nie zauważy. Winny całemu zajściu mop suszy się wystawiony za okno, a zapach zniknął.

środa, 23 lutego 2011

Pierwsze koty za płoty

Ja nie wiem czy to dobrze czy to źle. To po prostu wypływa ze mnie jak ropa z przekłutego wrzodu, jak woda z wezbranej rzeki. Ja i tak piszę, czy to publikuję czy nie, więc czemu nie opublikować? Polecam się więc Waszej uwadzę, gdy będziecie mieli zbyt wiele czasu wolnego, z nudów, z ciekawości; prawdę mówiąc każdy powód będzie dobry.

Mija trzeci tydzień kiedy jestem w Hiszpanii. Mieszkam w centrum Zaragozy, niedaleko starego miasta. Przed moim mieszkaniem znajduje się szkoła i jak otworzę okno słyszę wesołe krzyki hiszpańskiej dzieciarni, gwizdek ichniego w-fisty, ale to mi nie przeszkadza, tylko właśnie tworzy jakąś przyjemną atmosferę. Z okien naszego mieszkania można zobaczyć ogromną zieloną palmę i słońce, które wdziera się przez firanki do pokoi. Mieszkam z M i P. M znam ze studiów, P poznałam już na miejscu, jest z Belgii, opowiada nam o tym, jakie mają tam piwo, jakie są imprezy, jakie zwyczaje, a my staramy się rewanżować tym samym o Polsce.

Wczoraj byliśmy wieczorem na pubingu. Mieliśmy spotkać się z innymi erasmusami, ale nie zdążyliśmy dojechać na czas na spotkanie, chociaż spóźniliśmy się niewiele ponad godzinę - w końcu jesteśmy w Hiszpanii, tu się nie trzeba się spieszyć! Znajomi nie mieli nam więc tego za złe, ale my byliśmy trochę rozczarowani i źli. Jak wiadomo, najlepszym lekarstwem na smutki są środki odurzające więc poszliśmy się napić. W irish pubie (wszystko inne było już zamknięte) był problem z wyborem drinków, w końcu gdy barman podał nam malibu z sokiem jabłkowym można było oddać się rozmowie. Ponieważ nie znamy się zbyt dobrze rozmowy przebieją w trybie "o dupie Maryni", ale było śmiesznie i to zawsze przyjemnie z kimś pogadać. Bo tutaj mamy taki problem, że wszyscy się nie znamy, nie ma mnóstwa wydarzeń, na których można spotkać innych erasmusów (chociaż jest z tym coraz lepiej) i cierpimy na "brak przyjaciół".

Kiedy wybiła godzina w pół do drugiej pora było zbierać się do domu, bo następnego dnia wszyscy mieliśmy zajęcia. Poszliśmy więc wąskimi uliczkami w stronę domu, od czasu do czasu tylko rozglądając się na nowe miejsca, wymieniając się informacjami o mieście, albo podśpiewując. Wtedy niespodziewanie wyrósł przed nami otwarty pub i wstąpiliśmy "na jednego". W ten sposób wieczór nasz upływał, byliśmy jeszcze w jednym pubie, gdzie z M zdominowałyśmy parkiet, którego nota bene tam nie było, ale było wystarczająco miejsca przed barem żeby trochę potańczyć. A dziś rano my wstałyśmy z trudnością na zajęcia, na których usypiałam, a nasz współlokator zaspał i nie poszedł na uczelnie...