piątek, 22 kwietnia 2011

Jak nie Hiszpania to może Portugalia?

Ostatnio nie było czasu na pisanie. Wycieczki, prace domowe, goście i trudno w "między czasie" przysiąść do blogunia, chociaż było o czym pisać, ale tak już jest, że o tym, co było jakoś nigdy się już nie chce. Może później, jeśli trafi się jakiś nudny dzień coś połatam, a może nie :)

Na Wielkanoc mieliśmy pojechać na południe Hiszpanii. Zapowiadało się bajecznie - Madryd, Sevilla, Kadyks, Tarifa, Granada... Tanie zakąski, słoneczne dni, piękne miasta. Jak się pewnie domyślacie wyszła z tego figa z makiem. Złożyły się na to dwa powody 1. Dezorganizacja nie może się zreorganizować - nie zarezerwowaliśmy żadnych hosteli, pociągów, autobusów. Nic! 2. Wielkanoc w Hiszpanii to nie tak, jak w Polsce czas zajadania się mazurkami z rodziną w domu, ale raczej świetna okazja do podróżowania, udziału w wielkich fetach religijnych czy po prostu krótkich wakacji. I tak ceny skoczyły w górę, południe zalały tłumy, nasze portfele szybko pustoszały i zaczęliśmy łapać się nerwowo za głowę zastanawiając się co dalej? Po analizie WSZYSTKICH możliwych opcji najlepszą okazała się Portugalia! Za cenę czterych mojito (trzymajmy się tej waluty) pojechaliśmy do Olhao. Stamtąd mamy bazę wypadową do Faro (bardzo stare, ponoć bardzo interesujące, ale jakoś tego nie zauważyłam) i do okolicznych wysp, gdzie można opalać się przy szumie fal Atlantyku. Ale spokojnie, nie jest idealnie. Pada codziennie w najmniej spodziewanych/pożądanych momentach, niebo jest przez połowę dnia zachmurzone i ogólnie pogoda jest kapryśna.

Dobre są za to jedzenie i napoje. Winko z kartonu, także Porto obleci (jak dla mnie za słodkie jednak), codziennie smażymy inną rybę na obiad, tradycyjne portugalskie ciasto wielkanocne jest z jakimś syropem i jest pyszne. Wracając do ryb mamy farta i trafiliśmy na cudowną Panią w markecie, która zawsze nam doradza, którą rybę wybrać i jeszcze potem wyjmuje z niej wszystkie flaki, odcina głowę - kocham ją za to. W ciągu trzech spędzonych tu dni dostaliśmy za darmo cytrynę i  za friko przepłynęliśmy się promem, zakupiłam sobie buty za 6 euro z czego jestem niezwykle dumna (zakup był konieczny, bo wszystkie buty mi przemokły). Także nie jest źle z Portugalią, chociaż wciąż trochę żałuję tych wszystkich Hiszpańskich miast.

Ps. Foteczki będą jakieś może później, jakoś chyba nie lubię jednak zdjęć na blogu. 
Pps. Na Kanarach było super!

czwartek, 7 kwietnia 2011

Bitwa na poduchy

Zacznę nie na temat, ale muszę się wyżalić. Znowu mam anginę. Oszczędzę Wam dokładnej historii choroby pacjenta i powiem tylko, że jest to dość wkurzające leżeć w łóżku i czuć się jak zdechła ryba podczas, gdy na dworze świeci słońce i jest dużo alternatywnych zajęć. Nienawidzę chorować! Znów poszłam do szpitala, bo nie wiedziałam co zrobić, minęłam oddział położniczy, trochę poczekałam w kolejce i dostałam inny antybiotyk. Na ironię losu znowu dobrze by było szybko wyzdrowieć, bo w sobotę lecimy rodziną Santa Ines (Ja, M i P, oraz zaadoptowany M-ko) wraz z odwiedzającą nas G. na Kanary. Plaża, morze, słońce, wszystko tanie! Ostatnie czego mi tam trzeba to angina.

Wracając do poduszek... Zawsze uwielbiałam się nawalać na poduchy z moją siostrą i kiedy  w zeszłym roku dowiedziałam się, że w Warszawie będzie taka bitwa na placu Zamkowym od razu zechciałam pójść. Ale wiecie jak jest i w końcu dzień mi się pomylił, czy po prostu zapomniałam grunt, że cała zabawa mnie ominęła. Tym bardziej chętnie, gdy dowiedziałam się, że w Zarze będzie napieprzanie się poduchami, złapałam swojego jaśka i ruszyłam na poduszkową rzeźnię. Przyszło nie za dużo osób, z czterdzieści albo pięćdziesiąt spodziewałam się jakiegoś tłumu, ale mała ilość osób nie przeszkadzała. Podzielono nas na dwie grupy i na gwizdek ruszaliśmy na siebie niczym rozwścieczeni tatarzy po czym wszyscy ku wszelkiej uciesze nawalali się poduszkami. Pierze latało w powietrzu, co tu dużo mówić, wszyscy się tłukli i było wesoło. Poduszką to nie boli, a też nikt tak mocno nie przywalał, żeby kogoś skrzywdzić. Kultura.

Po kilku rundach poduszko-bitwy położyliśmy się wszyscy na ziemi na naszych poduchach i odpoczywaliśmy. Potem chętni ustawili się do zdjęć pamiątkowych i podrzucaliśmy poduchy do góry, jak studenci czapki w amerykańskich uniwersytetach.



Poszliśmy potem małą grupą znajomych na piwo do pubu, potem na kolejne do mieszkania do kolegi. Kolega nie jest erasmusem tylko pilotem z amerykańskiego Air Force i ma mega wypasione mieszkanie, gdzie jest stół do cymbergaja, piłkarzyki, instrumenty podłączone do TV takie, że się gra i program mówi, czy dobrze czy nie (jak to się nazywa?). Generalnie, dobrze było. Wszyscy się rozeszli do akcesoriów rozrywkowych. Najbardziej podobało mi się granie na perkusji, a z kolei na gitarze było strasznie ciężko, w piłkarzyki jestem totalną nogą, ale w cymgergaja mniej więcej daję radę. Koło północy czas mi było wracać do domu ze względu na jakieś tam obowiązki. Nawet erasmus czasem coś musi.