Ostatnio nie było czasu na pisanie. Wycieczki, prace domowe, goście i trudno w "między czasie" przysiąść do blogunia, chociaż było o czym pisać, ale tak już jest, że o tym, co było jakoś nigdy się już nie chce. Może później, jeśli trafi się jakiś nudny dzień coś połatam, a może nie :)
Na Wielkanoc mieliśmy pojechać na południe Hiszpanii. Zapowiadało się bajecznie - Madryd, Sevilla, Kadyks, Tarifa, Granada... Tanie zakąski, słoneczne dni, piękne miasta. Jak się pewnie domyślacie wyszła z tego figa z makiem. Złożyły się na to dwa powody 1. Dezorganizacja nie może się zreorganizować - nie zarezerwowaliśmy żadnych hosteli, pociągów, autobusów. Nic! 2. Wielkanoc w Hiszpanii to nie tak, jak w Polsce czas zajadania się mazurkami z rodziną w domu, ale raczej świetna okazja do podróżowania, udziału w wielkich fetach religijnych czy po prostu krótkich wakacji. I tak ceny skoczyły w górę, południe zalały tłumy, nasze portfele szybko pustoszały i zaczęliśmy łapać się nerwowo za głowę zastanawiając się co dalej? Po analizie WSZYSTKICH możliwych opcji najlepszą okazała się Portugalia! Za cenę czterych mojito (trzymajmy się tej waluty) pojechaliśmy do Olhao. Stamtąd mamy bazę wypadową do Faro (bardzo stare, ponoć bardzo interesujące, ale jakoś tego nie zauważyłam) i do okolicznych wysp, gdzie można opalać się przy szumie fal Atlantyku. Ale spokojnie, nie jest idealnie. Pada codziennie w najmniej spodziewanych/pożądanych momentach, niebo jest przez połowę dnia zachmurzone i ogólnie pogoda jest kapryśna.
Dobre są za to jedzenie i napoje. Winko z kartonu, także Porto obleci (jak dla mnie za słodkie jednak), codziennie smażymy inną rybę na obiad, tradycyjne portugalskie ciasto wielkanocne jest z jakimś syropem i jest pyszne. Wracając do ryb mamy farta i trafiliśmy na cudowną Panią w markecie, która zawsze nam doradza, którą rybę wybrać i jeszcze potem wyjmuje z niej wszystkie flaki, odcina głowę - kocham ją za to. W ciągu trzech spędzonych tu dni dostaliśmy za darmo cytrynę i za friko przepłynęliśmy się promem, zakupiłam sobie buty za 6 euro z czego jestem niezwykle dumna (zakup był konieczny, bo wszystkie buty mi przemokły). Także nie jest źle z Portugalią, chociaż wciąż trochę żałuję tych wszystkich Hiszpańskich miast.
Ps. Foteczki będą jakieś może później, jakoś chyba nie lubię jednak zdjęć na blogu.
Pps. Na Kanarach było super!
