czwartek, 26 maja 2011

Takie posklejane

Z autobusu z Zaragozy do Madrytu:

Jadę do Madrytu, stamtąd lecę do Warszawy. Jest czternasta. Za oknem góry pokryte mchem, ziemia wysuszona od palącego słońca, oprócz tego dwupasmówka, samochody. Lubię te hiszpańskie zaokniane widoki. Z autobusu widok jest zazwyczaj taki sam, czy jesteśmy na południu Hiszpanii czy w centrum, jak ja teraz. Obok mnie siedzi wyluzowany gościu w portkach w paski, z posiwiałą brodą, i czyta magazyn o sztuce. Podczytuję mu trochę – Van Gough, brytyjski graficiarz Banksy i tacy inni. Zaspałam dziś na autobus, nie wzięłam w podróż słuchawek, nie naładowałam komórki - bez sensu. Na razie nie chce mi się czytać moich książek. Oczywiście też nic nie zjadłam. Kiszki grają marsza, w brzuchu burczy, do Madrytu jeszcze trzy godziny.

Wczoraj byliśmy w parku. Wieczorne słońce ogrzewało nas przyjemnie, gadaliśmy i to była jedna z tych miłych chwil, którą wiedziałam wcześniej, że chcę przeżyć na erasmusie. Ciekawe tematy, trochę głupot, położyliśmy się pod koniec na trawie i gapiliśmy się na niebo ("Wyobraż sobie, że teraz nasra na mnie ptak", "Albo że właśnie położyliśmy się na psiej kupie"). Spojrzałam do tyłu, odginając szyję i trawa stała się zielonym niebiem, a drzewa wyrastały z niej czubkami w dół. Mówię do P.:

Ja: Patrz, świat do góry nogami,

P: Patrz na to. Dziwnie? - Wstał i zaczął skakać tuż nad moją głową (tzn za głową, a nie dosłownie nad), co wyglądało jakby miał zaraz spaść głową w dół na błękitne niebo, ale grawitacja trzymała go jednak na trawie, która uporczywie tkwiła "na górze" i nie chciała spaść na swoje normalne miejsce. Polecam czasem zmienić perspektywę! Kupiliśmy sobie potem po wielkim lodzie na patyku i wróciliśmy na piechotę do domu.

Z lotniska w Madrycie:
Jestem na lotnichu, jem niedobre frytki i całkiem dobre krążki cebulowe – wszystko w cenie, jakby było zrobione ze złota. No nic, mój samolot jest opóźniony więc sterczę tu bez sensu, jestem zmęczona po sześciu godzinach podróży, a jeszcze zostały cztery. Zabawiam się jak mogę, podglądam ludzi głównie albo czytam Ryśka K Non-fiction.

Z McDonaldsa w Beauvais:

Skończyły się dni w Warszawie. Nie napiszę, że za szybko minęły, bo to już się robi nudne. Byłam w domu, zjadłam pierogi (dwa razy),  wypiłam polskie piwko z kija (rozcieńczane a jak). Widziałam się z rodziną, przyjaciółkami, chłopakiem. Ciekawie tak, przyjechać na krótko i być w Polsce jak gdyby nigdy nic. Nie umiem tego dobrze opisać, ale to naprawdę jest zdumiewające jak się wraca po takim czasie, a dom dalej stoi tam, gdzie stał, kartki na parapecie leżą tam, gdzie się je zostawiło itp. W sumie to oczywiste, ale wywołało we mnie jakiś dysonans.

Do samolotu do Zaragozy mam jeszcze sześć godzin. Pora chyba pozwiedzać coś oprócz Maca. Oui oui, idę na podbój Francji!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz