sobota, 2 lipca 2011

Powrót

To nie były bardzo intensywne dni. Byłam w Barcelonie już trzy razy i nie chciało mi się oglądać po raz kolejny najbardziej znanych zabytków, bo i po co? Byłyśmy w muzeum Picasso (jakoś wcześniej nigdy nie udało mi się tam dojść), na ulicy vintage sklepów (kiepskie, brzydkie wszystko i jakieś obleśne, jedyny fajny sklep był ze starymi winylami - Beatlesów, Davida Bowie, Rolling Stonesów, czad). Poszłyśmy do centrum handlowego, które mieści się w przerobionej specjalnie do tego celu starej arenie corridy. Na górze jest taras widokowy, z którego można oglądać Barce. Oczywiście poszłyśmy też na plażę. Barcelona widziana z takiej perspektywy jest całkiem przyjemnym i zwykłym miastem. Może oprócz klubów przy plaży, gdzie imprezowaliśmy w ostatnią noc, które są mega drogie i zarazem mega wypasione - gościu przygrywa do Davida Guetty na elektrycznych skrzypcach itp.

Zanim się obejrzałam trzeba było żegnać się z P., a potem znalazłyśmy się na lotnisku. Tam okazało się, że mam 10 kg nadbagażu i szybko musiałam powyrzucać sporo rzeczy. Poszły koc, pościel, poduszka, ręczniki, zeszyt z zajęć, żelazko, przedłużacz, kosmetyki. Przełożyłam książki do podręcznego, trochę książek wzięła ode mnie M. (gracias!) i w końcu jakoś osiągnęłam wyznaczone 32 kg... Dość trudno było zdecydować szybko, czego się pozbyć, na szczęście odprowadził nas na lotnisko Jose Manuel (znajomy) i dałam mu większość rzeczy, które szkoda byłoby wyrzucać. Nie wiem, jak to się stało, same się rozmnożyły. W samolocie słuchałyśmy muzyki z erasmusa, trochę spałyśmy. Potem na lotnisku, już w Warszawie, przywitały nas rodziny, a na zewnątrz "prawdziwe polskie lato", czy też "armagedon pogodowy" (cytat z chorążej G), czyli deszcz i 12 stopni ciepła.

To zapewne ostatni post na tym blogu. Nie mam ochoty na żadne sentymentalne podsumowania. Dziękuje wszystkim czytelnikom, wszystkim komentującym! To była wielka przyjemność, wiedzieć, że ktoś czyta moje wypociny :) Co do erasmusa, to jest coś wyjątkowego, pół roku pełne wrażeń, podróży, poznawania nieznanego, przebywania z, na początku, obcymi ludźmi, którzy zmieniają się potem w przyjaciół. Czego chcieć więcej?

wtorek, 28 czerwca 2011

Barca na 3 dni

I stało się, wyprowadziliśmy się. Udało nam się opuścić mieszkanie z resztą kaucji w kieszeni, co jest dobrą wiadomością biorąc pod uwagę ilość zniszczeń. I to nie jest tak, że robiliśmy to specjalnie, sporo rzeczy się popsuło przypadkiem, nasze mieszkanie nie było też w świetnym stanie od początku. I tak odpadły drzwi od szafki, zbił się blat od stołu, zepsuły rolety w pokoju M., prawie od każdej szuflady odpadły "rączki", odpadł kran w kuchni (M-rko naprawił), połowa framugi drzwi wejściowych odpadła (przyczepiliśmy "na słowo honoru"), od tych samych drzwi odpadła też mosiężna klamka (przykleiliśmy klejem od Chińczyka "poprosimy najmocniejszy klej, jaki Pan ma"), były jakieś dziury w firankach i to chyba tyle. Ale mieliśmy też wkład pozytywny taki, jak nowy garnek, mop, przytachana sofa, jakieś miski, nowe szklanki, dużo przypraw kuchennych i takie tam. Powiedzmy, że to jakaś rekompensata. Nasz landlord okazał się bardzo spoczi i nie policzył nam NIC za zniszczenia, chociaż przyznaliśmy się do tych najbardziej widocznych.

To wszystko było dwa tygodnie temu, z częścią kaucji w portfelu i uśmiechami na twarzach ruszyliśmy od razu na costę bravę. Spędziliśmy tam parę dni - plaża, słońce, dni gorące, imprezy. Trafiliśmy na święto sant Joan i fiesty na ulicy, tańce i koncerty tuż przy plaży. Znaleźliśmy super tani apartament (dumne słowo) dziesięć metrów od morza... Głupi ma zawsze szczęście. Potem szybki powrót do Zaragozy na dwa egzaminy, a teraz jesteśmy w Barcelonie na parę dni. Dziś z ciężkim sercem pożegnaliśmy się z M-rko, który wrócił już do Czech.

czwartek, 16 czerwca 2011

...

I po egzaminach. Od razu świat stał się piękniejszy, Hiszpania z powrotem przyjemna i dni płyną inaczej. Każdego dnia jest niedziela, budzimy się po jednej niedzieli, ale nic się nie zmienia i ciągle jest niedziela. Chodzimy do parku, imprezujemy, oglądamy filmy wieczorami. Pogoda od kilku dni jest iście wakacyjna - w ciągu dnia czterdzieści stopni, w nocy trzydzieści. Powietrze ma taki specyficzny zapach upału, czasów chillowania się, picia wody z lodem i cytryną dla ochłody i takich innych.

Byli u nas przez trzy dni koledzy P. Trzech mężczyzn w domu więcej, a wydawało się jakby zamieszkał u nas oddział wojskowy. Pierwszej nocy darzyłyśmy ich czystą nienawiścią, kiedy wydzierali się w kuchni, śpiewali na całe gardło "Por que te vas?" podczas, gdy my próbowałyśmy wyspać się przed egzaminami. Potem jednak sytuacja się odwróciła i spędziliśmy dwa szalone i bardzo przyjemne dni. Wczoraj dom nagle opustoszał, ale na krótko. Od dziś będzie mieszkał z nami M-rko, który teraz tymczasowo jest w Czechach. Wciąż nie wiemy, kiedy się wyprowadzimy. Manana, zobaczy się. W planach jest wiele imprez pożegnalnych, ogólnie zaczął się czas, kiedy często widzimy się z kimś, kogo możliwe, że nigdy więcej nie zobaczymy. Trochę to przykre, ale było wiadomo, że prędzej czy później ten okres nastąpi.

W naszym stylu średnio-kiepskiej, żeby nie napisać zupełnie nieudanej, organizacji zaczęłyśmy z M. załatwiać formalności uniwersyteckie związane z powrotem. Mam nadzieję, że zdążymy ze wszystkim. Dziś totalne ple ple, wybaczcie. Idę cieszyć się słońcem!

niedziela, 12 czerwca 2011

Dekalog erasmusa

1. Miejcie pogardę dla nieodpowiedzialności,
2. Kac nie pomaga w nauce,
3. Nie istnieje coś takiego, jak "pójdziemy tylko na dwie godziny i wrócimy przed czwartą",
4. Nie słuchajcie współlokatorów, kiedy mówią "ale to nasza ostatnia noc razem" (powtarzane z przekonaniem po sto razy mimo, że będziemy razem mieszkać jeszcze co najmniej przez tydzień),
5. Gdy macie egzaminy w poniedziałek i wtorek, w sobotę nie należy wychodzić na imprezę, to głupie i nieodpowiedzialne!!!!!!
6. Stosujcie się do tych rad, bo inaczej pożałujecie.

Dekalog erasmusa na dziś ma 6 punktów. Dziękuję.


*update

7. Jeśli już się zdarzy tak, że nie zastosujecie się do powyższych żelaznych zasad (!) nie należy szukać pomocy w google "how to cure a hangover". To nic nie pomoże,
8. Weźcie plusha, posłuchajcie przyjemnej muzyki, wyluzujcie. Weźcie prysznic, idźcie do parku i uczcie się Drogie Dzieci.

Przyjemna muzyka:


poniedziałek, 6 czerwca 2011

Pościg na dzielni

Nic ostatnio nie piszę, bo nie umiem. Wszystko co piszę to biadolenie na dysonans cieszę-się-nie-cieszę, że wracam. Niby to dopiero za miesiąc, ale minie zanim się obejrzę. Teraz mamy egzaminy, potem szybka wyprowadzka, dwutygodniowy chilling na costa brava i do domu.  Tęsknota będzie straszna Proszę Państwa, ale z drugiej strony też radość, że Warszawa.

Ostatnio dużo się uczę, a raczej staram się zmusić do nauki, a efekty są różne. Mam nadzieję na litość ze strony prowadzących na widok wielkiego napisu "erasmus" przy moim nazwisku :) Pogoda dziś pod psem, rano opalaliśmy się w parku z notatkami, potem zaczęło zbierać się na burzę. Na obiad był kebab (a wczoraj McDonalds), bo nikomu się nie chce niczego gotować. M-rko nie musi się uczyć, tymczasowo nie ma w domu internetu i przychodzi do nas poczatować na fejsbuku itp. Tym samym oczywiście demoralizuje i demotywuje do nauki, zaczynają się pogaduchy i takie tam. Wieczorami przed zaśnięciem, oglądamy zawsze kilka odcinków The It Crowd (polecam) przy piwku i śmiejemy się do rozpuku.

Z ciekawostek jakiś czas temu mieliśmy pod domem pościg. Prawdziwy, taki z policją i przestępcami. Chyba jeszcze nie wspominałam o tym, że mieszkamy w nieco szemranej dzielnicy. Są pewne uliczki, w które po zmroku lepiej nie wchodzić, chyba, że w celu zakupu mocniejszych substancji odurzających lub poznania emigrantów z różnych stron świata, którzy mają różne intencje - przede wszystkim sprzedać coś, wyciągnąć darmowego papierosa, czasem porozmawiać, a innym razem ukraść pieniądze. Oczywiście wprowadzając się nic o tym nie wiedzieliśmy. Nie jest jednak wcale niebezpiecznie, do tej pory nikomu nic się nie stało, poza tym część ulic jest wyłączona z tego klimatu, normalna, jasna i spokojna. No więc siedzimy sobie któregoś razu w kuchni i nagle za oknem śmiga jakiś samochód, a zanim policja na sygnale. I tak kilka razy, wciskali gaz do dechy na tych wąskich uliczkach, szaleńcy. Razem widzieliśmy ze trzy radiowozy, jednych tajniaków z kogutem na dachu no i jakiś ścigany samochód. Uciekinier musiałbyć lepszy, bo po 10 minutach wszystko ucichło i policja smętnie jeździła po ulicach niby to jeszcze je przeszukując. Mają werwę hiszpańscy policjanci.

czwartek, 26 maja 2011

Takie posklejane

Z autobusu z Zaragozy do Madrytu:

Jadę do Madrytu, stamtąd lecę do Warszawy. Jest czternasta. Za oknem góry pokryte mchem, ziemia wysuszona od palącego słońca, oprócz tego dwupasmówka, samochody. Lubię te hiszpańskie zaokniane widoki. Z autobusu widok jest zazwyczaj taki sam, czy jesteśmy na południu Hiszpanii czy w centrum, jak ja teraz. Obok mnie siedzi wyluzowany gościu w portkach w paski, z posiwiałą brodą, i czyta magazyn o sztuce. Podczytuję mu trochę – Van Gough, brytyjski graficiarz Banksy i tacy inni. Zaspałam dziś na autobus, nie wzięłam w podróż słuchawek, nie naładowałam komórki - bez sensu. Na razie nie chce mi się czytać moich książek. Oczywiście też nic nie zjadłam. Kiszki grają marsza, w brzuchu burczy, do Madrytu jeszcze trzy godziny.

Wczoraj byliśmy w parku. Wieczorne słońce ogrzewało nas przyjemnie, gadaliśmy i to była jedna z tych miłych chwil, którą wiedziałam wcześniej, że chcę przeżyć na erasmusie. Ciekawe tematy, trochę głupot, położyliśmy się pod koniec na trawie i gapiliśmy się na niebo ("Wyobraż sobie, że teraz nasra na mnie ptak", "Albo że właśnie położyliśmy się na psiej kupie"). Spojrzałam do tyłu, odginając szyję i trawa stała się zielonym niebiem, a drzewa wyrastały z niej czubkami w dół. Mówię do P.:

Ja: Patrz, świat do góry nogami,

P: Patrz na to. Dziwnie? - Wstał i zaczął skakać tuż nad moją głową (tzn za głową, a nie dosłownie nad), co wyglądało jakby miał zaraz spaść głową w dół na błękitne niebo, ale grawitacja trzymała go jednak na trawie, która uporczywie tkwiła "na górze" i nie chciała spaść na swoje normalne miejsce. Polecam czasem zmienić perspektywę! Kupiliśmy sobie potem po wielkim lodzie na patyku i wróciliśmy na piechotę do domu.

Z lotniska w Madrycie:
Jestem na lotnichu, jem niedobre frytki i całkiem dobre krążki cebulowe – wszystko w cenie, jakby było zrobione ze złota. No nic, mój samolot jest opóźniony więc sterczę tu bez sensu, jestem zmęczona po sześciu godzinach podróży, a jeszcze zostały cztery. Zabawiam się jak mogę, podglądam ludzi głównie albo czytam Ryśka K Non-fiction.

Z McDonaldsa w Beauvais:

Skończyły się dni w Warszawie. Nie napiszę, że za szybko minęły, bo to już się robi nudne. Byłam w domu, zjadłam pierogi (dwa razy),  wypiłam polskie piwko z kija (rozcieńczane a jak). Widziałam się z rodziną, przyjaciółkami, chłopakiem. Ciekawie tak, przyjechać na krótko i być w Polsce jak gdyby nigdy nic. Nie umiem tego dobrze opisać, ale to naprawdę jest zdumiewające jak się wraca po takim czasie, a dom dalej stoi tam, gdzie stał, kartki na parapecie leżą tam, gdzie się je zostawiło itp. W sumie to oczywiste, ale wywołało we mnie jakiś dysonans.

Do samolotu do Zaragozy mam jeszcze sześć godzin. Pora chyba pozwiedzać coś oprócz Maca. Oui oui, idę na podbój Francji!

niedziela, 15 maja 2011

Nauka nauka nauka

Była siostra, pojechała. Teraz są z T. w Madrycie. Te trzy dni minęły bardzo szybko, za szybko. W czwartek i piątek ciągle było coś do zrobienia na uczelnię, a w sobotę pogoda zrobiła psikusa i się zepsuła. Wrócił do nas lokalny wiatr (Cierzo), który tak napiernicza, że żyć się odechciewa, zwiedzanie przestaje być przyjemne i najlepiej schować się w domu z winem i dobrymi przekąskami. Tak też zrobiliśmy, obejrzeliśmy "Lśnienie" Kubricka i mówiąc delikatnie było emocjonująco. Potem przyszła pora iść spać, bo goście musieli rano wstać na autobus. Nie odprowadziłam ich na dworzec, bo na moment pożegnania rozklejam się okropnie i wolałam uniknąć tego po raz kolejny. Odprowadziłam ich tylko do drzwi mieszkania i potem poszłam dalej spać. Wcześniej w nocy Kejti przytuliła mnie przed zaśnięciem, jej loki zalały moją twarz i złączyły się z moimi lokami.  Czułam znajomy zapach jej szamponu i ciała i jasne było, że właśnie przytula mnie ktoś, kto mimo wielu różnic jest taki sam, jak ja. Z tej samej gliny. Świetnie jest mieć kogoś, z kim można się tak poczuć.
 
Z ciekawostek P powoli dobrzeje, tylko ciągle coś ma nie tak z wynikami krwi. Dziś przyjechał jego ojciec i gadali sobie wieczorem, a my z M, która wprowadziła się do mojego pokoju na czas nauki, zamęczamy się pracami domowymi. Taryfa ulgowa dla erasmusów okazała się zwykłą bujdą, na dodatek pracy jest więcej niż normalnie w Polsce. Końca nie widać, mam nadzieję, że jednak jakoś do niego dotrwam.