poniedziałek, 2 maja 2011

Ceńcie polskich chińczyków!

"Chińczyków" zostało w tytule użyte jako określenie rodzajów barów zatem zostawiam z małej litery, to nie żaden afront. Ten wpis nie będzie zbytnio ciekawy, ale musiałam się wygadać. Zawiedzionych przepraszam.


W Zaragozie jest dobrze, ale jak są ludzie. Teraz akurat M. wyjechała, M-rko miał był zajęty sekretnym spotkaniem którego natury nie chciał zdradzić (w sumie to wolę się nie dopytywać), natomiast P. wyszedł do biblioteki wczoraj i do dziś nie wrócił. Ale żyje, na facebooku napisał mi, że będzie dziś w domu późno i dalej pilnie się uczy. Nie wnikam... Ja też mam mnóstwo prac domowych, ale i tak nie chciałam siedzieć dwa dni sama. Ponieważ próby wyciągnięcia jakichś znajomych gdziekolwiek spełzły na niczym postanowiłam pójść "na sport". Zapisałyśmy się z M. do centrum sportowego na trzy miesiące i możemy chodzić na wszystkie zajęcia z oferty i na basen. Na początku mocno mnie to bawiło, bo nie rozumiałam poleceń instruktorów na przykład na aerobiku, ale teraz już rozumiem i nie jest tak śmiesznie. Spakowałam co trzeba i pojechałam, ale zapomniałam, że dziś święto i odbiłam się od drzwi. Zdesperowana, żeby nie siedzieć w domu poszłam na spacer. W Zaragozie jest "sfera Expo" czyli pawilony po Expo 2008, które obecnie służą za park. Przeszłam się między fontannami, mostami, instalacjami artystycznymi, niestety nie spotkałam NIKOGO znakomego po drodze (trudno się dziwić, ale miałam iskrę nadziei) więc zaczęłam powoli wracać do domu.

Poszłam jeszcze tylko do chińczyka. Tu dochodzimy do tematu tęsknot spożywczych. Brakuje mi ogórków kiszonych, chleba (precz z bagietkami!), pierogów, barszczu, kaszy, schabowego, dobrego chińczyka i pudełka makaronu z Nudle w Pudle. Najbardziej ufiksowałam się jednak na chińczyku i szukam dobrego smażonego ryżu. Wujek Google podpowiedział mi kilka miejsc i jakoś z pamięci poszłam z parku do restauracji. Tak, nie przypadkowo użyłam tego słowa! W tym miejscu pozdrawiam wnikliwych czytelników, oraz wielbicieli sera Feta! :) Bowiem chińskie bary wyglądają w Hiszpanii zupełnie inaczej niż w Polsce, to są raczej restauracje. Nie ma plastikowych stolików ani krzeseł, jest dużo przestrzeni, na stołach piękne nakrycia niczym w hotelu, wygodne krzesła z poduchami i takimi pokrowcami do ziemi oraz zawsze ciekawy wystrój. A to płaskorzeźba, a to plakat piłkarski, akwarium (to się w Polsce zdarza, na przykład w kochanym Que Huongu na pl. Zbawiciela), czy inne takie. Zawsze jednak zadziwia mnie wyczucie estetyki właścicieli, połączenie tych eleganckich nakryć z ewidentną tandetą. Tak, te restauracje to naturalne sanktuaria kiczu. Skracając nieco tę opowieść zamówiłam smażony ryż z curry, wcześniej upewniwszy się, że jest w nim mięso - "świnia" skwitowała Pani (bądź "wieprzowina", ale wybierzmy śmieszniejszą wersje). Okey, więc czekałam piętnaście minut aż Pani przyniosła mi znów za cenę mojito późny obiad na wynos, bo chciałam zjeść w domu. Przekładając danie na talerz już w domu od razu zauważyłam, że się z Panią nie dogadałyśmy. W ryżu są krewetki, kurczak i coś dziwnego, co przypomina wołowinę. Ech. Tak czy siak wszystko jest suche i takie sobie, a ja mimo usilnych starań siedzę sama w domu...

Nie uwierzycie, właśnie zadzwonił domofon i przyszedł M-rko! Ach! Moje modlitwy zostały wysłuchane!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz