Powoli zaczynam czuć, że zbliża się koniec mojej hiszpańskiej przygody. Za szybko, zdecydowanie. Dopiero teraz zaczynam czuć się tu naprawdę domowo i swobodnie. Znamy coraz więcej fajnych miejsc, dobrych skwerów do posiedzenia, kawiarni z dobrą i tanią kawą, miejsca oswoiły wspomnienia, a relacje z ludźmi są fajniejsze, głębsze. Zostało jeszcze półtora albo dwa miesiące, mam nadzieję, że zdążę się nacieszyć.
Ogólnie jestem kiepską kronikarką, czego ten blog jest najlepszym dowodem, ale tym razem się wysilę. Tak wyglądał mój tydzień, od poniedziałku do piątku:
Poniedziałek: Miałam robić prace domowe, skończyło się na desperackich próbach wyrwania się z domu (o tym już było wcześniej). Desperackie próby skończyły się chill outem, czy też popijawą u nas. Muzyka, rozmowy o życiu, w miarę upływu czasu i pustoszenia butelek tańce, śpiewy, a to wszystko w trzy osoby. Ja odpadłam pierwsza, zamknęłam pokój na klucz bo nie dawali mi spać. P i M-rko wypili wódkę do dna (taka tradycja i obowiązek), a następnie rozeszli się - M do domu, P do swojego pokoju. Godzinę później (szósta rano) M wrócił do nas, bo zapomniał kluczy do domu. Spał na sofie.
Wtorek: Zaczął się późno, koło czternastej, co tu dużo mówić kacem. Postanowiliśmy, że wieczór spędzimy kulturalnie i ugotujemy coś pysznego. W ciągu dnia próbowałam robić prace domowe, ale głównie spałam i leczyłam kaca (po hiszpańsku resaca, może kiedyś Wam się przyda). Nie ma się czym chwalić. Gdy zaczęło się ściemniać poszliśmy do marketu kupiliśmy krewetki, kalmary, takie małe rybki (pescadilla chyba) i jakieś warzywa, żeby przygotować klasyczne hiszpańskie tapas - w tym patatas bravas, czyli po polsku smażone ziemnioki. Gotowaliśmy trzy godziny, nikt się nie obijał, naprawdę się staraliśmy, a wyszło jak zwykle. Frustracja była ogromna. Smaczne były tylko krewetki w panierce z pomidorowo-kolendrowym sosem. Schrzaniliśmy nawet ziemniaki! W przypływie bezmyślności wsadziliśmy je do piekarnika licząc na to, że się usmażą. Nie wiem jak to skomentować. Resztę nocy pominę, znów trzaba było się odurzyć, aby zabić rozczarowanie.
Środa: W środę kończy się weekend a zaczyna tydzień, czyli dni na uczelni. Ale delikatnie, jednymi zajęciami. Dzień znów zaczął się późno, nie dałam rady wstać na zajęcia, w sumie nic nie dałam rady zrobić. Pogadałam na skypie z konkretnych aktywności, a dzień skończyłyśmy oglądając z M i jej gościem Martą (wszyscy na M cholera!) "Czas surferów". W połowie filmu w mieszkaniu wysiadł prąd. Jednocześnie w kuchni popsuł się kran. Odpadł! Prawdopodobnie poszła uszczelka, ale kran przepełnił czarę goryczy. Nic nie dawało majstrowanie w korkach, poszliśmy nieszczęśliwi spać.
Czwartek: Dzień bez prądu (bez internetu!), bez ciepłej wody (boiler nie działa), bez wody w kuchni (bo kran), za to dużo zajęć 11.30-18 na uczelni. Wieczorem przyszedł właściciel, powłączał światło w różnych miejscach, pogrzebał w korkach. Skończyło się na tym, że wezwie elektryka. Poszłyśmy do chińskiego nocnego po świeczki. Wcześniej zaprosiłyśmy na imprezkę koleżankę-Hiszpankę, impreza przy świeczkach, potem dansing, wracamy do domu około szóstej i... prąd magicznie ozdrowiał! Mamy światło, ładujemy laptopy i komórki. Idziemy spać.
Piątek: Nic nowego, że zaczął się późno. Zajęcia 13-17 i znów zaczyna się weekend. Jem truskawki, cieszę się z prądu, znów zbieram się do prac domowych. Wieczorem idziemy na salsę, potem na botellon (popijawa "w plenerze"), gdzie ma być sporo erasmusów.
W przyszły wtorek przyjeżdza do mnie siostra, czego nie mogę się doczekać! M-rko orzekł, że jest znacznie piękniejsza ode mnie, ale mimo to się cieszę, że przyjeżdza.
Ostatnie słowo na dziś. Nie wiem jakim cudem jeszcze tu tego nie zalinkowałam, ktoś napisał super artykuł na publica.pl o Hiszpanii z zdjęciami-ilustracjami spod mojego domu. Kto jeszcze nie czytał to zapraszam! Czytajcie tu!
to miło, że jednak się cieszysz ;) hihi
OdpowiedzUsuńk
imprezowy ten Erasmus! ;-)
OdpowiedzUsuń