I stało się, wyprowadziliśmy się. Udało nam się opuścić mieszkanie z resztą kaucji w kieszeni, co jest dobrą wiadomością biorąc pod uwagę ilość zniszczeń. I to nie jest tak, że robiliśmy to specjalnie, sporo rzeczy się popsuło przypadkiem, nasze mieszkanie nie było też w świetnym stanie od początku. I tak odpadły drzwi od szafki, zbił się blat od stołu, zepsuły rolety w pokoju M., prawie od każdej szuflady odpadły "rączki", odpadł kran w kuchni (M-rko naprawił), połowa framugi drzwi wejściowych odpadła (przyczepiliśmy "na słowo honoru"), od tych samych drzwi odpadła też mosiężna klamka (przykleiliśmy klejem od Chińczyka "poprosimy najmocniejszy klej, jaki Pan ma"), były jakieś dziury w firankach i to chyba tyle. Ale mieliśmy też wkład pozytywny taki, jak nowy garnek, mop, przytachana sofa, jakieś miski, nowe szklanki, dużo przypraw kuchennych i takie tam. Powiedzmy, że to jakaś rekompensata. Nasz landlord okazał się bardzo spoczi i nie policzył nam NIC za zniszczenia, chociaż przyznaliśmy się do tych najbardziej widocznych.
To wszystko było dwa tygodnie temu, z częścią kaucji w portfelu i uśmiechami na twarzach ruszyliśmy od razu na costę bravę. Spędziliśmy tam parę dni - plaża, słońce, dni gorące, imprezy. Trafiliśmy na święto sant Joan i fiesty na ulicy, tańce i koncerty tuż przy plaży. Znaleźliśmy super tani apartament (dumne słowo) dziesięć metrów od morza... Głupi ma zawsze szczęście. Potem szybki powrót do Zaragozy na dwa egzaminy, a teraz jesteśmy w Barcelonie na parę dni. Dziś z ciężkim sercem pożegnaliśmy się z M-rko, który wrócił już do Czech.