Tak się nieszczęśliwie złożyło, że właściwie to nie byłam na Las Fallas. Musiałam wrócić do Zaragozy z powodu wizyty szanownych rodziców dokładnie w dniu oficjalnego rozpoczęcia festiwalu. Załapałam się jednak na przygotowania i mały przedsmak Las Fallas. Miasto już ozdabiały kolorowe iluminacje i jeszcze nieodłonięte drewniane figury. Każdego dnia o godzinie 14stej mimo tego, że festiwal się jeszcze nie zaczął na głównym placu w Walencji odbywała się tzw. mascleta czyli pokaz petard. Ci z nas, którzy przeżyli w dzieciństwie przyżeli okres bawienia się petardami wiedzą, że więcej z nich dymu i hałasu niż jakiejś konkretnej atrakcji wizualnej. Tutaj było podobnie, ale zdawało się to nikomu nie przeszkadzać. Ludzie zachęcali nas aby nie zatykać uszu, bo właśnie owy huk stanowi główne źródło ekscytacji mascletą. Ważne były też wibracje, które czuło się na całym ciele. Klatka piersiowa skakała jak opętana, wszystko chowało się za zasłoną dymu, odgłosy przypominały trochę atak bombowy, a gdy wybuchła ostatnia petarda zadowoleni Hiszpanie pokrzykiwali, klaskali, tańczyli i śpiewali.
Tylko tyle zdążyłam zobaczyć, ale podczas Las Fallas dzieje się więcej. Świętuje się noc Matki Boskiej Opuszczonych, która jest patronką Walencji. W centrum miasta staje jej statua ze specjalnym rusztowaniem, na które potem kładzie się kwiaty tak, że tworzą płaszcz kobiety. Ponoć miejskie powietrze pachnie tej nocy goździkami i różami, a gwar rozmów zagłuszają grania kościelnych orkiestr. W pozostałe noce festiwalu odbywają się pokazy sztucznych ogni nad Turią, a za dnia Hiszpanie i turyści oprócz masclety bawią się na różnych paradach i koncertach. Organizowane są też wybory najładniejszych figur zdobiących miasto (każda dzielnica Walencji ma swoją główną Fallas, która kandyduje w konkursie).
I teraz najważniejsze - La Crema - ostatnia noc festiwalu, w którą palone są wszystkie drewniane posągi zdobiące ulice miasta. Podpalenie każdego poprzedzone jest kolejnym pokazem sztucznych ogni i taka zabawa trwa do rana.
M. została na Las Fallas do końca i bardzo jej się podobało. Mnie to co widziałam też, chociaż wyobrażam sobie, że pewnie nie wszyscy mieszkańcy Walencji są zachwyceni coroczną wielką imprezą, która zakłóca normalne życie w mieście. Z drugiej strony w organizacje Fallas angażują się organizacje pozarządowe, niezrzeszeni mieszkańcy, lokalni artyści. Integrują się sąsiedzi podczas wspólnego gotowania na ulicach i ogólnie całe miasto ożywa
Poniżej fotki (by M.), na których uliczne posągi, Hiszpanie w tradycyjnych strojach regionalnych na balkonie, parada i wspólne gotowanie paelli przez mieszkańców ulicy, przy której mieszkałyśmy.
Poniżej fotki (by M.), na których uliczne posągi, Hiszpanie w tradycyjnych strojach regionalnych na balkonie, parada i wspólne gotowanie paelli przez mieszkańców ulicy, przy której mieszkałyśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz