czwartek, 7 kwietnia 2011

Bitwa na poduchy

Zacznę nie na temat, ale muszę się wyżalić. Znowu mam anginę. Oszczędzę Wam dokładnej historii choroby pacjenta i powiem tylko, że jest to dość wkurzające leżeć w łóżku i czuć się jak zdechła ryba podczas, gdy na dworze świeci słońce i jest dużo alternatywnych zajęć. Nienawidzę chorować! Znów poszłam do szpitala, bo nie wiedziałam co zrobić, minęłam oddział położniczy, trochę poczekałam w kolejce i dostałam inny antybiotyk. Na ironię losu znowu dobrze by było szybko wyzdrowieć, bo w sobotę lecimy rodziną Santa Ines (Ja, M i P, oraz zaadoptowany M-ko) wraz z odwiedzającą nas G. na Kanary. Plaża, morze, słońce, wszystko tanie! Ostatnie czego mi tam trzeba to angina.

Wracając do poduszek... Zawsze uwielbiałam się nawalać na poduchy z moją siostrą i kiedy  w zeszłym roku dowiedziałam się, że w Warszawie będzie taka bitwa na placu Zamkowym od razu zechciałam pójść. Ale wiecie jak jest i w końcu dzień mi się pomylił, czy po prostu zapomniałam grunt, że cała zabawa mnie ominęła. Tym bardziej chętnie, gdy dowiedziałam się, że w Zarze będzie napieprzanie się poduchami, złapałam swojego jaśka i ruszyłam na poduszkową rzeźnię. Przyszło nie za dużo osób, z czterdzieści albo pięćdziesiąt spodziewałam się jakiegoś tłumu, ale mała ilość osób nie przeszkadzała. Podzielono nas na dwie grupy i na gwizdek ruszaliśmy na siebie niczym rozwścieczeni tatarzy po czym wszyscy ku wszelkiej uciesze nawalali się poduszkami. Pierze latało w powietrzu, co tu dużo mówić, wszyscy się tłukli i było wesoło. Poduszką to nie boli, a też nikt tak mocno nie przywalał, żeby kogoś skrzywdzić. Kultura.

Po kilku rundach poduszko-bitwy położyliśmy się wszyscy na ziemi na naszych poduchach i odpoczywaliśmy. Potem chętni ustawili się do zdjęć pamiątkowych i podrzucaliśmy poduchy do góry, jak studenci czapki w amerykańskich uniwersytetach.



Poszliśmy potem małą grupą znajomych na piwo do pubu, potem na kolejne do mieszkania do kolegi. Kolega nie jest erasmusem tylko pilotem z amerykańskiego Air Force i ma mega wypasione mieszkanie, gdzie jest stół do cymbergaja, piłkarzyki, instrumenty podłączone do TV takie, że się gra i program mówi, czy dobrze czy nie (jak to się nazywa?). Generalnie, dobrze było. Wszyscy się rozeszli do akcesoriów rozrywkowych. Najbardziej podobało mi się granie na perkusji, a z kolei na gitarze było strasznie ciężko, w piłkarzyki jestem totalną nogą, ale w cymgergaja mniej więcej daję radę. Koło północy czas mi było wracać do domu ze względu na jakieś tam obowiązki. Nawet erasmus czasem coś musi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz